Publiczne i prywatne szkoły wyższe. Między demagogią i miejscem w społeczeństwie

Wywiad z panem Piotrem Voelkelem opublikowany w Gazecie Wyborczej jest niezwykle interesującym przykładem połączenia lobbingu, interesujących i celnych uwag oraz – niestety – sporej dawki demagogii. Co jakoś łączy się z pierwszym celem wywiadu, czyli dobitnym pokazaniem konieczności finansowania z budżetu państwa prywatnych instytucji edukacyjnych. Przypomnijmy, pan Voelkel, współinicjator powstania Uniwersytetu SWPS i kilku innych prywatnych instytucji szkolnictwa wyższego, twierdzi, że a) państwowe uczelnie są przeżytkiem, bo nie ma zapotrzebowania „na wyspy mądrości wśród morza analfabetów”. Dostęp do informacji zapewnia współcześnie technologia, zwłaszcza rozwijająca się SI; b) państwowe uczelnie marnotrawią środki publiczne, dlatego należy zlikwidować finansowanie bezpłatnych studiów i zastąpić je kredytem studenckim. Budżet państwa jako kredytodawca przenosiłby środki do uczelni wybranej przez studenta niezależnie od tego, czy jest ona prywatna, czy publiczna. Twierdzę, że oba te główne twierdzenia nie opierają się na prawdzie. A zawarte w nich sugestie istnienia łatwych rozwiązań dla skomplikowanych problemów są przykładem albo niewiedzy, albo demagogii.

Uniwersytety publiczne mają bowiem potrójną funkcję – prowadzą badania naukowe w jak najszerszej liczbie dyscyplin; uczą chętnych najnowszej wiedzy i umiejętności wynikających z udziału pracowników w światowym ekosystemie naukowo-edukacyjnym; wielowymiarowo współpracują z otoczeniem społecznym: gospodarczo, kulturowo, obywatelsko. To nie znaczy, że wszystkie szkoły wyższe w Polsce z tych zobowiązań się wywiązują. Lata uczestnictwa w gwałtownie wprowadzonym umasowieniu kształcenia wyższego, a następnie uzależnienia finansowego, zaś od czasów ministra Czarna także mentalnego od władz politycznych zawęziły horyzonty wielu instytucji. Ale to nie oznacza, że kiedykolwiek – także u swego zarania – ich zadaniem było bycie wyłącznie źródłem informacji.

Nie, uniwersytety od średniowiecza były ośrodkami kluczowymi dla stopniowego rozwoju racjonalnej kultury europejskiej. Miejscem kultywowania drogi rozumu, dążenia do prawdy. Poszukiwanie prawdy ma to do siebie, że unieważnia stronnicze namiętności (Platon to mój przyjaciel, lecz prawda jest mi bliższa), a jej celem jest radość z budowania uniwersalnej wspólnoty ludzkiej. Uniwersalnej, bo opartej o jeden, dla wszystkich wspólny język racjonalności. Mniej to spektakularne od krzyków emocji, ale choć te ostatnie komunikację pozornie przyśpieszają, to realnie czynią ją niemożliwą i zamieniają w przemoc. Prawdziwy uniwersytet, nie ten papierowo-rządowo-medialny, uczy bycia częścią świata wszystkich ludzi.

Idźmy jednak za sugestią Autora, że uniwersytety klasyczne są niepotrzebne, że dziś zamiast profesora wystarczy sztuczna inteligencja. Cóż, albo Autor rzadko z niej korzysta, albo jedynie w najprostszych zastosowaniach. Zaręczam, że w mojej dziedzinie – wcale nie niszowej, bo w historii – modele językowe halucynują na potęgę i mogą być wykorzystywane jako narzędzia streszczające publikacje (i tu trzeba zachować ostrożność), proponujące tłumaczenia czy formatujące przypisy. Ale już sprawdzanie nawet najprostszych informacji przekraczających horyzont bieżącego roku przychodzi im z trudem. A zejście poniżej XX w. kończy się faktograficzną katastrofą. Cóż dopiero, gdy spróbujemy za jej pomocą wygenerować bardziej skomplikowaną wypowiedź wyjaśniającą zjawiska społeczne, gospodarczy, czy polityczne. Uproszczenia biją po oczach, nawet jeśli dany model potrafi kopiować styl wypowiedzi na podstawie wcześniej analizowanych tekstów.

To nie znaczy, że modele SI są niepotrzebne, lub że w wielu miejscach nie zastąpią człowieka. Oczywiście, tak będzie. Komputer wyparł maszynę do pisania i kalkulator, dał nam ogromne moce obliczeniowe przyśpieszając technologicznie naszą cywilizację. Ale jakby po drodze ludzkość nie nauczyła się być empatyczna i kulturowo zaawansowana na tyle, by utrzymać pokojowe relacje z sobą samą. I na razie wciąż człowiek posiada podstawową przewagę nad modelami językowymi – empatyczny i nieszablonowy w swoim myśleniu i działaniu proponuje studentom nowe kierunki myślenia, zdolność do komunikowania w formie indywidualnej, umiejętności weryfikowania wiedzy, ale przede wszystkim – szczerą, opartą o ludzkie postrzeganie świata interakcję. Opiekun naukowy, wykładowca nie powinien fałszywie chwalić partnera dyskusji, bo tak jedynie odbiera mu szansę nauki. To zaś jest klasyczna cecha współczesnych modeli językowych uzależniających od siebie odbiorcę słodkim tonem.

SI wspiera nas już dziś w badaniach, ale człowieka nie zastępuje ani w dostarczaniu wiarygodnych danych, ani w kreatywnym myśleniu, ani w empatycznym utrzymywaniu relacji. I jak na razie nie zastąpi, choć może być tak, że rzeczywiście kontakt z człowiekiem uczącym drugiego człowieka stanie się przywilejem tych, których stać będzie na ten luksus. Bo dążenie do optymalizacji kosztów zamiast liberalnego i racjonalnego kształcenia uniwersyteckiego, skupionego na sztuce myślenia i kształtowaniu postawy odwagi wobec świata, wprowadzi kursy przyswajania zawsze przestarzałej, wtórnie obecnej w sieci wiedzy. Tak, do tego uniwersytety nie są potrzebne.

A co z kosztami? W trakcie wywiadu padają kwoty oddające oszacowany koszt kształcenia studentów na uczelniach państwowych. Pan Voelkel deklaruje, że na uczelniach prywatnych kształci się dużo taniej. I zapewne jest to prawda. Tyle tylko, że nie pada pytanie: w jakim zakresie się kształci? kogo? co mieści się w tych kwotach? Klasyczny, tradycyjny uniwersytet publiczny kształci nie tylko humanistów i absolwentów nauk społecznych. Kształci także studentów nauk eksperymentalnych, nauk o ziemi i życiu. Koszt wyposażenia i utrzymania na odpowiednim poziomie nowoczesnego laboratorium biotechnologii lub chemii na użytek studentów wyraża się nie w setkach tysięcy, lecz dziesiątkach i setkach milionów złotych. Zakup odczynników, stała modernizacja sprzętu powodują, że kształcenie w tych dziedzinach wiedzy jest nieporównywalnie droższe, niż studentów filmoznawstwa, socjologii czy prawa. Z całym szacunkiem dla tych ostatnich. A jak miałby kształtować się koszt prywatnego kształcenia lekarzy? Specjalistów? Który prywatny przedsiębiorca utrzyma wielooddziałowy szpital prywatny, zapewni kadrze warunki do badań naukowych, studentom odpowiednią przestrzeń do kształcenia oraz całościową infrastrukturę nie dla 30 studentów na roku, ale dla kilkuset potencjalnych lekarzy rocznie? Ile wtedy będzie kosztowało czesne?

Zapewne, jeśli porównamy te same kierunki, to uczelnie publiczne będą kształcić drożej niż uczelnie prywatne. Bo cały czas pielęgnują model równowagi prowadzenia badań i dydaktyki. Twierdzenia pana Voelkela, że na uczelniach publicznych student jest rzeczą zbędną, są zwyczajnie demagogiczne. Może nie wie, a może to przemilcza, ale subwencja nie jest przydzielana uczelniom szuflą z góry złota. Jej wysokość określa skomplikowany wzór matematyczny (algorytm), w którym istotną rolę pełnią liczby studentów kształcących się na studiach bezpłatnych. Im mniej studentów – tym mniejsza subwencja. Tak, nie potrzeba kredytu, by uczelnie publiczne troszczyły się o przyciągnięcie do siebie studentów.

Czy robią to skutecznie, to inna sprawa. Zdarzają się wśród nas kiepscy wykładowcy, źli dydaktycy i nerwowi urzędnicy dziekanatu. Niektóre programy studiów spróchniały, a niektóre są układane dla wygody rządzącej grupy akademików, a nie korzyści studentów. Ale jednak wciąż najlepszym miejscem do studiowania jest przestrzeń, w której badacz może wyniki swoich badań, to jest najnowszą i jeszcze niedostępną światu wiedzę, przekazać studentom. To jest bijące serce uniwersytetu – innowacje w praktyce ożywiające nasze środowisko. Tyle, że badania kosztują – czas i środki finansowe. Ten czas może być nawet kosztowniejszy niż kapitał przeznaczany bezpośrednio na badania. Pracownik uczelni publicznej dostaje go sporo, właśnie po to, by móc włączać się w światowy obieg wiedzy i umiejętności. By pomóc studentom rozumieć świat na tym poziomie, na którym rozumieją go dziś wiodące, najbardziej innowacyjne społeczeństwa.

Nie da się prowadzić dziś efektywnie badań przez długie lata mając obciążenie rzędu kilkuset godzin dydaktycznych. To mrzonka. I w tym sensie ma wywiadowany rację – tworzenie fikcyjnych zespołów naukowo-dydaktycznych, gdzie ani nauka, ani dydaktyka nie są rozwijane, jest błędem. Gorzej, jest oszukiwaniem i studentów i całego społeczeństwa. Trzeba więc wykładowcom fundować czas na badania. A to kosztuje. I podraża kształcenie, którego jakość powinna być jednak odpowiednio wysoka. Pójdę jeszcze dalej – trzeba dać czas nowym badaczom rozwijać się, nierzadko dać im też szansę na odejście, gdy uznają, że ta droga nie jest dla nich. Uczelnie publiczne wykształciły kadrę dla uczelni prywatnych – ale zapłaciły za to i wciąż płacą czasem i środkami poświęcanymi na kształcenie osób odnoszących sukces, ale też tych, które odeszły z zawodu szukając swojego miejsce w innych przestrzeniach. Uczelnie publiczne dają przestrzeń, umożliwiają podjęcie ryzyka przez kandydatów na wykładowców. To też kosztuje.

I tu chyba dochodzimy do sedna mojej niezgody na model uczelni publicznej proponowany przez pana Voelkela. Przedstawił on czytelnikom manekin, którego trudno polubić. Uczelnie jako państwowe molochy, komunistyczne zrzeszenia produkcji, obarczone zbędną tradycją, nieruchawe i strzegące przywilejów profesorów – starych ludzi. Jednocześnie wykreował obraz uczelni prywatnej – nowoczesnej, rzutkiej, skupionej na dobru młodych ludzi. Ale za tymi obrazkami nie stoi ani ideał, ani opracowania statystyczne, ani nawet doświadczenie zarządzania uczelnią publiczną. Ze wszystkimi jej ograniczeniami związanymi z uczestniczeniem w sektorze finansów publicznych.

Czy uczelnie publiczne są ideałem? Byłbym ostatnim chyba, no może przed panem Voelkelem, który by tak powiedział. Ostatnie lata mocno osłabiły kulturę pracy wielu z nich, zdewaluowały pojęcie nauki, a nawet nazwę uniwersytetu. I o tych brakach mówi się nie raz – słusznie, czasami nawet zbyt ostro, nie dostrzegając tych, którzy z nimi walczą. Ale dla społeczeństwa demokratycznego, dla którego kształcenie obywateli świadomych wartości wspólnego języka rozumu i odpowiedzialności za społeczeństwo, troska o rozwój uczelni publicznych, ogólnodostępnego, bezpłatnego dla studentów kształcenia to miernik poważnego podejścia do obowiązków politycznych. Uczelnie prywatne mają swoje miejsce w ekosystemie wiedzy. Zawsze będą bardziej zwinne, będą proponować innowacyjne formy edukacyjne szybko odpowiadające na potrzeby rynku pracy. Nie krępują ich przepisy sektora publicznego, kosztowna infrastruktura i gwarantowanie ciągłości kształcenia w niedochodowych zakresach. Dlatego nie ma potrzeby, by udawały, że są w stanie zastąpić klasyczne uniwersytety.

Bo może lepiej, by każdy korzystał ze swojej przewagi konkurencyjnej. I w niej się rozwijał. Czego życzę też wyższemu szkolnictwu publicznemu, które ma ogrom swoich bolączek. Niekoniecznie tych, które widzi pan Piotr Voelkel.