Mój Ojciec, Bogdan Wiszewski, zmarł nie odzyskawszy przytomności 29 czerwca 2026 r. w szpitalu w Nowej Soli.
Człowiek składa się z atomów, a te – w największym uproszczeniu – z jądra i krążących wokół niego w ogromnej odległości cząstek energii. Odległość jest tak wielka, że mniejsze cząstki elementarne przenikają przez nas bez żadnych konsekwencji. Jest więc człowiek pustką z jednej strony – energią z drugiej. Na przekór tej pustce mój Ojciec zawsze chciał tworzyć, robić coś trwałego. Nic nie denerwowało go bardziej, niż rozpad, degeneracja i zniszczenie. Spacery z nim – niezależnie gdzie, czy po lesie, czy w mieście czy wokół jego miejsca zamieszkania – zawsze wypełniały opowieści o tym, co tu zostało kiedyś zrobione i co niedawno zostało zaprzepaszczone lub – rzadziej – poprawione. Walczył wciąż i na nowo z rozpadem, wciąż i na nowo chciał budować.
Między światem i opowieścią
W jego życiu dużą rolę odgrywał fundamentalny problem – czy rzeczywistość, czy świat wymyślony jest ciekawszy i ważniejszy? Dla ojca czarodziejskim zamkiem, krainą wybraną i czasem szczęścia było dzieciństwo w Dębowcu, małej wsi w Lubuskiem. Tam był jego zaczarowany dom z głęboka piwnicą i przestronnymi salami do tańca, jego łąki, jeziora, lasy i konie. Mało było w tym zaczarowanym świecie ludzi, więcej radości z bycia dzieckiem. Ten czas skończył się po przeprowadzce do Przytocznej, nieodległej ale większej wsi. Rodzina podążyła tam za nowymi obowiązkami Henryka, ojca mojego Ojca, który rozpoczął karierę w Gminnej Radzie Narodowej. Z tego czasu Ojciec wspominał pracę i z czułością swoich dziadków, Nikodema i Kazimierę. Zwłaszcza babcię, która – jak napisał – była „fundamentem rodu Wiszewskich”. Ale już w tym świecie dzieciństwa krył się rozziew między realiami a narracją życia mego ojca. Bo niedługo przed śmiercią otrzymał zaświadczenie, że wszystkie jego dokumenty i wspomnienia kryją fundamentalną omyłkę. Nie urodził się i nie mieszkał – jak sądził i mówił całe życie – w Dębowcu, tylko w Dębówku… Świat wspomnień zderzył się z realiami biurokracji, która bezwzględnie przekreśliła identyfikację jego miejsca na ziemi.
Jeszcze bardziej intrygująco wyglądały jego wspomnienia z czasów służby wojskowej. Manewry, przemarsze, wielogodzinne ćwiczenia w maskach gazowych, gdy służył w wojskach chemicznych. Tyle, że w książeczce wojskowej miał wyraźnie napisane – kategoria C, niezdolny do służby wojskowej, pobór wstrzymany. A z drugiej strony ta sama książeczka potwierdzała, że brał udział w dwóch ćwiczeniach, miał stopień strzelca. Gdzie zatem stawiał mój Ojciec granicę między twardą prawdą wydarzeń, a narracją budującą świat kolorowy i ciekawy? Kto kreślił cienką granicę między entropią i kreacją?
Nauczyciel w czasie trudnym
Mój ojciec był do szpiku kości nauczycielem historii, kochał swój zawód, kochał opowieści o przeszłości i zapach książek. Te ostatnie gromadził zapamiętale, bowiem był przekonany o nieprzemijającej wartości wiedzy w nich zawartej. Ku utrapieniu żony, która musiała znosić obecność wielkich regałów z setkami tomów. Książek z biegiem lat w większości nieczytanych, ale obecnych jak znak udziału w kulturze świata. Z nostalgią wspominał pracę w małych wsiach Wielkopolski i Lubuskiego: Goruńsku, Nowej Niedrzwicy i Lutolu Suchym. Wspomnienia nie rozdzielały tych miejscowości. Opisywał równie szczegółowo tworzenie klubów prasy i bibliotek szkolnych w tych wsiach, jak i swoje nieudane próby krzewienia idei socjalistycznych wśród dorosłych mieszkańców. Niczym z marzeń holenderskich mistrzów wypływał obraz mieszkanie na stancji u gospodyni, która zawsze szykowała mu tłuste, ogromne i smaczne obiady.
Ale z tych opowieści wyzierała przede wszystkim bieda nauczycielskiego życia na wsi lat 60. i 70. Obok całej radość z pracy w edukacji i kulturze. Co charakterystyczne – umykały mu dzieci. Jeśli je wspominał, to przez pryzmat nieobecności z powodu pracy w gospodarstwie, braku materiałów edukacyjnych, wszechobecnych wszy. Ale jego wspomnienia skupiały się na budowaniu nowych szkół, izb, wyposażeniu, na pracach społecznych – głównie sadzeniu lasów czy pracach na polach Państwowych Gospodarstw Rolnych. Nauczanie, przekazywanie wiedzy, w tych warunkach było ubocznym elementem nauczycielskiej walki o przetrwanie w zagubionych na krańcach świata miejscowościach.
Gdy poznał Żonę, jego opowieści krążyły wokół trudnych warunków pierwszych lat rodzinnego życia z małym dzieckiem, w nieogrzewanej izbie. W tych opowieściach o życiu zawodowym, które zaczęło się bardzo szybko, po ukończeniu Studium Nauczycielskiego, był sam, później w towarzystwie żony. Bez wątpienia jego wspomnieniach jedno jaśniało blaskiem najjaśniejszej gwiazdy – wyprawy motocyklowe z żoną. Jego SHL-ka i podróże nią po Polsce napawały go dumą. Opowiadał o tym zawsze w kontekście wypraw w poszukiwaniu lepszej pracy – w Lubinie, potem w Szprotawie. Tam zajeżdżali razem – Ona i On – na wiernym mechanicznym rumaku. Razem mieli też jeździć ze wsi w Lubuskiem na najdalsze dla nich południe – aż do Karpacza. Ale gdy w 1973 r. osiedli w Szprotawie, motor poszedł w odstawkę, dwójka dzieci i praca zamknęły ten bohaterski etap życia.
Żona i rodzina
Nigdy mi nie powiedział, jak poznał swoją żonę, Danutę. To trywialne dla niego zdarzenie było przesłonięte dramatyzmem czynu heroicznego. W Nowej Niedrzwicy, gdzie był nauczycielem, został pobity podczas sobotniej zabawy z powodu swojej z nią znajomości (choć w opowieściach innych członków rodziny przejawiał się motyw zdecydowanej niechęci miejscowych wobec jego działalności społeczno-politycznej). Tkwiło w nim, że pobity został przez lokalną młodzież. Ale jednocześnie była w tych wspomnieniach duma – że pannę ze wsi swojakom odebrał. Ślub zawarli po bożemu, w parafii w Przytocznej, w Boże Narodzenie 1970 r. Przeżyli razem 55 lat i 6 miesięcy. Trudne to były dla nich czasy. Wypełniał je przede wszystkim ogrom wspólnej pracy. Najpierw troska o środki do życia w latach 70. i 80., potem walka o przetrwanie w trudnym okresie transformacji lat 90. Niewiele czasu na radość i odpoczynek. Ale był. Oboje znajdowali radość we wspólnych wyjściach na okazjonalne, organizowane w latach 70. przez Technikum Rolnicze w Henrykowie k. Szprotawy zabawy karnawałowe lub sylwestrowe. Łapali też oddech latem, gdy mogli dzieci wysłać do dziadków na wieś, a sami zostawali w domu. Nie, żeby nie pracowali – bo przecież trzeba było zadbać o ogródek, który żywił rodzinę, a ojciec musiał nadzorować kolejne letnie praktyki i obozy swoich uczniów.
Gdy dzieci wracały, Ojciec zawsze miał na podorędziu jakieś zadania wspólne. Jeździliśmy dużo całą rodziną rowerami po okolicy. Urządzaliśmy tradycyjne, letnie wyprawy na jagody, wyprawy obfitujące w komary i brudne łapki dzieci. Zwiedzaliśmy pod przywództwem Taty polne drogi w całej okolicy w poszukiwaniu dzikich śliwek i jabłek, z których mama robiła przetwory… Wreszcie, Ojciec urządzał na miarę swoich możliwości finansowych i czasowych wycieczki po Polsce. Pakowaliśmy się do pociągu na stacji Szprotawa i przez Żagań lub Głogów wyruszaliśmy w świat. Polski, niewielki – ale jednak świat! W ciągu weekendu potrafiliśmy być w Krakowie, Wieliczce, Oświęcimiu, Zakopanem, albo w Warszawie. Albo w Gdańsku. Nigdy nie spaliśmy w hotelach. Dużo taniej było spać na dworcu lub w wagonie nocnego pociągu. Ale zwiedzaliśmy, byliśmy razem, a ojciec prowadził nas zawiłymi ścieżkami połączeń PKP i polskiej kultury. Jak bardzo kochał Żonę świadczy fakt, że on, sam antyklerykał, poprowadził nas na jej prośbę do sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej. Z właściwym sobie komentarzem – uważajcie, bo w tym pobożnym tłumie wszędzie są złodzieje, trzymajcie się za kieszenie!
Mam żywo w pamięci obraz ze schyłku lat 80. Żyliśmy bardzo skromnie w naszym dwupokojowym mieszkaniu w internacie Technikum Rolniczego, z zagrzybiałymi ścianami, z widokiem na warsztaty Technikum i bieżnię szkoły. Rodzice posprzeczali się o pieniądze, których nigdy w domu nie było. Ojciec siedział w przedpokoju na małym taborecie, ze zwieszoną głową i mruczał do siebie: „Nic nie osiągnąłem? Nieprawda, mój największy skarb to ty, sroko – tu zwracał się do żony – i te dwa chuligany (to było o nas, jego synach). To mój największy skarb”. Jego najbliżsi byli jego największą wartością, ale wśród nich żona zawsze była na pierwszym miejscu. I gdy nie starczało środków do życia ze skromnej wypłaty nauczyciela, na ogródku wznosił sam, dźwigając drzewa z lasu na plecach, kolejne szopy. Pierwsze miały dać schronienie ogrodowym narzędziom i służyć do przechowywania warzyw. Ogródek pozwalał na obfitość ich uprawy, dzięki czemu zimą mieliśmy zapewnioną dietę marchewkowo-ziemniaczano-buraczaną. Wreszcie skonstruowała skomplikowaną budowlę na potrzeby hodowli królików i kur. Żeby było co jeść, gdy dopadł nas kryzys schyłku lat 70. i zwłaszcza lat 80. Codziennie w pracy w szkole, popołudniami dbał o wyżywienie setki królików i kilkudziesięciu kur. Bo żona i dzieci powinny mieć co jeść.
Jego romantyczna wizja ojca – dostarczyciela środków do życia łączyła się z wciąż rzadko w tym czasie spotykaną nowoczesnością. Nie uważał, że są kobiece i męskie zajęcia, że o dom powinna dbać tylko żona. Przeciwnie, chętnie gotował, odkurzał, wspierał nas – słowem i czynem – w pomaganiu rodzicom przy wszystkich obowiązkach domowych. Prał, płukał i suszył pranie. Gotował przetwory na zimę. Nauczył mnie wszystkiego, co wiem dziś o instalacji elektrycznej, zmianie dętki w rowerze i właściwym pastowaniu podłogi. Był z nami zawsze.
Jednocześnie było dla nas jasne, że nawet w najdotkliwszych konfliktach rodzinnych zawsze wspierał żonę. Różnie to argumentując. Jak wspomniałem, był głęboko niechętny Kościołowi. Sam będąc ministrantem, miał zapewne swoje powody. Ale nigdy nie powstrzymywał żony przed praktykowaniem religii, a nas, swoich synów, stanowczo zachęcał, byśmy wypełniali praktyki, których wymagała od nas mama. I czynił to w swoisty dla siebie sposób. Gdy w niedzielę nie chcieliśmy iść do kościoła – a z internatu w Henrykowie szło się jednak kilka kilometrów do kościoła w Szprotawie – mówił zawsze: ‘idźcie, idźcie, wroga trzeba poznać!’.
Dzieci
Z dziecięcej perspektywy ojciec bywał surowy, nerwowy, krzyknął – ale nigdy nie uderzył. Zawsze wspierał, choć zazwyczaj szorstko i w przelocie między ważnymi sprawami szkoły, miasta, a w latach 90. – sklepu żony. Traktował nas jak dorosłych, niemal równych partnerów dyskusji. Pamiętam rozmowy przy stole w kuchni, latem, bo tylko wtedy był dostępny na dłużej. Gotowaliśmy obiad w tej mikro przestrzeni, 2,5 m na 1,5 m, gdzie stół wciśnięty między ścianę i dwie lodówki pozwalał siedzieć dwójce razem tylko wtedy, gdy się wciągnęło brzuch. Ale tam dyskutowaliśmy o historii, o sensie powstania warszawskiego, przyczynach II wojny światowej, o rewolucji francuskiej. Ojciec słuchał wywodów kilku- a potem nastolatka, coś dopowiadał, coś korygował, wskazywał książki, które warto przeczytać. Jego biblioteka zawsze stała dla nas otworem i do korzystania z niej zachęcał.
Był dumny z czasu swoich studiów na Uniwersytecie Opolskim (choć dziś wiem, jak wiele opowieści nie zgadzało się z jego realnym przebiegiem studiów), a zwłaszcza ze znajomości francuskiego. Nigdy nie dane było mu z tej znajomości czynnie lub biernie korzystać, ale było to ważne dla niego – potwierdzało jego udział w kulturze, przynależność do niej. I chciał się tym podzielić z synami. Miał komplet podręczników do języka francuskiego i ze zmiennym zapałem próbował nas tego języka uczyć. Kiedy nadeszły lata 90. chętnie wydawał pieniądze na kasety magnetofonowe do nauki języka – niemieckiego, angielskiego, francuskiego… Wierzył, że jego synowie ucząc się języków będą mogli poznawać świat.
Bo za tym światem tęsknił. Jego wspólne z nami wycieczki były częścią tej tęsknoty. W domu gromadził zapamiętale czasopisma podróżnicze, Kontynenty, Poznaj swój kraj i Poznaj świat. Oglądał z nami filmy przyrodnicze i zabierał na spacery do lasów. Nawet, jeśli myślami był nad wodospadami Ameryki Południowej, chętnie pokazywał nam Wodospad Kamieńczyk. Potrafił swoją opowieścią naszą mizerną Szprotkę, czyli rzekę Szprotawę zamienić w Ren z jego problemami wynikającymi z zatrucia odpadami przemysłowymi. Tak tłumaczył obfite plamy ropy, które na Szprotawie malowały się w latach 80. niemal każdego dnia za sprawą przecieków z radzieckiego lotniska wojskowego. Jak wytrawny traper prowadził nas wiosną do lasów, by pokazywać, w jaki sposób ściąga się sok z brzozy. Dodajmy – z bardzo różnym skutkiem i dla nas i dla brzozy.
Potrafił być surowy, ale był też wspaniałomyślny, gdy oceniał nasze wybryki jako właściwe dla dzieci w naszym wieku. Kto pamięta lata 80. w Szprotawie, ten pamięta też przeciekający rurociąg z paliwem, który prowadził z bocznicy kolejowej na lotnisko. Przechodził koło Technikum Rolniczego i przeciekał tak bardzo, że w drugiej połowie lat 80. wykonano pionierską pracę z zakresu recyklingu zanieczyszczeń gleby. Nie z miłości do gleby. W związku ze stałymi niedoborami paliwa, wykopano dół za boiskiem, w pobliżu przebiegającego rurociągu, w którym zbierała się przesączająca ropa. Czerpano ją stamtąd na użytek szkolny i prywatny do ciągników i innych maszyn. Ale my z bratem pewnego lata wpadliśmy na genialny pomysł, żeby podpalić suchą trawę porastającą trybuny koło boiska szkolnego. Ogień był piękny i wysoki, ale nie przypadł do gustu dyrekcji szkoły, która zadzwoniła po straż pożarną w obawie przed dotarciem ognia do cennego dołka z ropą. My w tym czasie uciekliśmy już do domu i w cuchnących dymem ubraniach grzecznie graliśmy w szachy. Ojciec wszedł, powąchał i – spodziewaliśmy się najgorszego – w krótkich, raczej żołnierskich słowach pouczył nas o niewłaściwości naszego zachowania. A potem uśmiechnął się i wyszedł. I tyle. Bo jego łobuzy były jego i ostatecznie przecież nic się nie stało. Choć dyrekcja Technikum miała inne zdanie.
Dzieci kochał bardzo. Nie tylko synów i nie tylko wnuki. Pamiętał też o swoich wychowankach ze szkół w Henrykowie i Szprotawie, ale też z internatu Technikum Rolniczego. Uważał za bardzo istotne, by nauczyciel nie tylko uczył, ale też starał się wychowywać. W zgodzie ze swoją edukacją wartości wychowawczych upatrywał w pracy – i tej umysłowej i tej fizycznej – dla otoczenia, dla społeczeństwa, dla kraju. Ale widział też bardziej przyziemne cele wychowania – wpojenie dzieciom, że trzeba być twardym i prostym wobec świata. Nie każdy był w stanie spojrzeć ponad tę szorstkość i dostrzec, co się za tym kryło. Dla nas, dla rodziny, było przecież jasne, że tam, w głębi kokonu z nierzadko gniewnych słów, było kochające, czułe serce.
Bądź mężczyzną!
Emocjonalność go drażniła, dziecięce łzy denerwowały, był wobec nich bezradny i rozwiązanie problemu widział w pracy i wzięciu się w garść. Tę metodę aplikował nie tylko synom, ale wyjątkowo rygorystycznie także samemu sobie. Nie przypadkiem, bo pod szorstką i twardą skórą dalej było dziecko, które tęskniło za rodzicami, Henrykiem i Józefą, za przytuleniem i za okazaniem czułości. Na to pozwalał sobie jednak tylko wobec żony. Chciał być twardy, bo ta twardość czyniła go odpornym na wszelkie podstępy i drwiny otaczającego świata. Takim wychowały go lata 50., w których dorastał i 60., w których uczył się i zaczynał pracę.
Praca była zaś dla niego wartością najwyższą. W albumie fotograficznym rodziny są dwa zdjęcie zrobione przez uczniów z okien internatu Technikum Rolniczego. Na jednym ojciec w bieliźnie rozwiesza pranie na dworze, w zacienionym podwórku internatu. Na drugim bez koszuli, z wielkim młotkiem uderza w oporne koło ciągnika, w którym zmieniano dętkę. Oba zdjęcia autorzy wykonali z radością pokazując szanowanego profesora historii w niecodziennych pozach. Ale dla mnie są symbolem sposobu, w jaki świat widział mój ojciec: świat rzuca ci wyzwania, trywialne, trudne, zabawne – a ty im sprostasz. Nieważne, jakim kosztem. Sprostasz i uniesiesz, bo innego wyjścia nie masz.
Był bardzo surowy w ocenie ludzi i bezkompromisowy w wyrażaniu tych ocen, co budziło we mnie – zwłaszcza, gdy byłem nastolatkiem – uczucie zażenowania. Ale dziś widzę to inaczej. Widzę jego lęk przed światem. Nie rozumiał zachowań ludzi, które prowadziły ich do sukcesów osobistych i zawodowych, a które w jego ocenie były niemoralne lub nieuczciwe. Nie rozumiał świata, który premiował aktywności, które głęboko kłóciły się z jego moralnością, przyzwoitością i kodem etycznym. I nie rozumiał, dlaczego to się nie zmienia. Dlaczego źli – jego zdaniem – nie są karani, a wręcz przeciwnie, nagradzani. Bezsilny był widząc te same mechanizmy w miejscach, w których przyszło mu pracować, czy w otoczeniu swoich bliskich, których chciał – a nie mógł – uchronić przed tym, co uważał za zło. Bał się świata, który karał jego i jego rodzinę za to, co uważał za prostą prawość. Tak widząc świat, krytykował każdą naiwność co do dobra wśród ludzi. A widząc, że życie potwierdza jego podejrzenia złem spotykającym najbliższych nie znajdował innego rozwiązania jak agresja wobec świata. Zrażał tym ludzi do siebie. Ale była to jego wizja męskości – twardości, nieustępliwości wobec zła i troski o rodzinę. W tym należyte przygotowanie synów, także dorosłych już, do niesprawiedliwości, która – w to wierzył – na pewno ich dotknie, jeśli będą ufać światu.
Wszystko miało swoje granice i czasami pancerz socjalistycznej prawości też pękał. 100 królików i kilkadziesiąt kur żywiło rodzinę. Ale jak wykarmić te bestie w latach 80.? Latem codziennie trzeba było zrywać 3-4 worki świeżej, soczystej trawy, nigdy z rosą, dobrze przesuszonej. Zimą trzeba było mieć zgromadzone siano dla nich. Skąd brać taką ilość zieleniny? No cóż, tylko z pastwisk sąsiednich PGRów. Długie wyprawy rowerami najpierw na łąki, potem szybkie szarpanie trawy – ale bez korzeni – i powrót z workami przez ramę rowerów przerzuconymi. Ja na czatach – czy nie jedzie gdzieś Syrenka Bosto z pracownikami PGRu odstraszającymi chętnych do skorzystania z zielonych dóbr państwowego przedsiębiorstwa. Ojciec był w tym pragmatyczny do bólu. Miał do wyboru – rodzinę pozbawioną jedzenia, czy złamanie swoich zasad. Łamał zasady. Nie było mu z tym dobrze. Ale nie był w tym sam. Mój Boże, łąki aż ruszały się od okolicznych mieszkańców drących trawę czasami niemal spod nóg państwowych stad krów. On, nauczający nas i otoczenie, że własność państwowa jest własnością wspólną i nie można jej zawłaszczać, łamał swoje własne przekonania. Bo miał bolesną świadomość, że sam odpowiada za swoją rodzinę. Bo pomocy od świata nie dostanie. Nigdy się jednak z tym nie pogodził – że chcąc być uczciwym wobec swoich zobowiązań ojcowskich, musiał zerwać ze swoją uczciwością obywatelską.
Polityka
To najtrudniejszy dla mnie fragment. Bolesny, bo bólu zadał wiele mojemu Ojcu. W rozmowach ze mną nie miał złudzeń. Wspominał o przymusowym wcieleniu swego dziadka do Armii Czerwonej, o jego pracy w batalionach robotniczych meliorujących dorzecze Warty i ciężkiej chorobie płuc, z którą z niej wrócił. Pamiętał, że jego dziadek Nikodem tak bał się Rosjan, że w pewnym momencie z lęku, że mogą wrócić i przeszukać dom, spalił wszystkie dokumenty rodzinne dotyczące jego pobytu na przedwojennych Kresach. Widział i krytykował rozpasanie działaczy i urzędników PZPR w swoim otoczeniu. A jednocześnie wierzył do końca w słuszność ideałów socjalistycznej ojczyzny.
Wierzył naiwnie jak dziecko. Człowiek z awansu, wychowany w rodzinie robotniczo- chłopskiej, którego ojciec wspinał się mozolnie od 1956 r. po tej samej drabinie urzędników partyjnych, na którą on wstąpił w 1986 r. (sic!). Wierzył, że ojczyzna potrzebuje socjalistycznych ideałów w formie, jak formułują to przywódcy Partii. Wierzył też, że sprzeciw wobec Partii i Związku Radzieckiego ściągnie biedę i straszne skutki na Polskę. Potrafił wspierać „przyjaźń polsko-radziecką” i chować jedzenie do łóżka w grudniu 1981 r. z obawy przed żołnierzami, którzy – był przekonany! – będą przeszukiwać mieszkania. Tak samo jak wierzył, że „Solidarność” niszczy Polskę. Jego Polskę.
Był przekonany, że jego przynależność do Partii służy wspieraniu ludzi, prostych mieszkańców wsi i miasteczka, z którym czuł się związany. Czy musze dodawać, że dla otoczenia wyglądało to inaczej? Ale dla nas było też kompletnie niezrozumiałe – jeśli to wszystko jest takie ważne, to czemu my jesteśmy tak mało ważni? Jeśli zaś Ojciec należał do tej złej komuny, to czemu mieszkamy w wilgotnym, latem przeraźliwie gorącym, zimą zimnym mieszkaniu, gdzie ciepła woda była od września do połowy czerwca, gdy uczniowie wyjeżdżali z internatu? O co w tym chodziło?
Nie sądzę, by Ojciec wierzył w kanoniczną listę ideałów. Chciał coś robić, wspierać ludzi, czuć prestiż bycia istotnym członkiem społeczności. Jako młody człowiek dał się zwabić do gniazda os, a później – choć widział tego skutki – nie miał odwagi go opuścić. I gdy w 1988-1989 r. rozpoczął się wielki proces uwłaszczania ludzi związanych z systemem na dobrach państwowych, on do końca bronił ideałów socjalistycznej ojczyzny. Czyli naszej wspólnej biedy. Gdy jego kraj upadł i zniknął zastąpiony przez młodych (wówczas) wilków Socjaldemokracji, on czuł się zdradzony i zapomniany. Nigdy się z tego nie otrząsnął. Nie chciał porzucić czasów swej młodości i dojrzałego życia. A przecież było przed nim 36 lat, w ciągu których udało mu się osiągnąć – materialnie – tak wiele, jak nie śmiał ani on, ani my marzyć w latach 80. XX w.
Materia była jednak jego wrogiem. Marzył o świecie ducha, ideałów nieskalanych złym dotykiem niegodnej doczesności. Był wierzący jak wtedy, gdy służył do mszy w Przytocznej. Tylko wiarę wybrał inną. I nie stracił jej do końca ostro kłócąc się o wyższość chińskiego systemu społeczno-gospodarczego nad zgniłym liberalizmem Zachodu. Nie chciał jednak zauważyć, że jego wiara… o nim zapomniała.
Ostatnie chwile
W ciągu dwóch tygodni przed śmiercią odchodził powoli, stając się bezbronnym jak dziecko. Wiedział, że umiera. Ale mówił, że chce wyzdrowieć. Walczył, bo nigdy się nie poddawał. Chciał żyć dla swojej żony. Przytulał się do niej i oddawał pocałunki. Był z nią. Do końca był też wierny sobie. Gdy jego wnuk Adrian przyszedł go odwiedzić, przekazał mu swoje przesłanie, wyrażone we właściwy dla siebie sposób: „nie daj się gnojom!” Kim byli ci „gnoje”? Jaka ontologiczna kategoria kryła się za tymi słowami? To wiedział tylko on, ale wyczuwaliśmy w tym przestrogę przed całym złem tego świata.
W ostatnim dniu, kiedy był świadomy, chciał wstać, zrobił kilka kroków, siedział z nami przytomny dobra godzinę. Obiecywaliśmy sobie, że będziemy chodzić na spacery po lesie, a ja będę mu w tym pomagał. Wreszcie poprosił, by założyć mu nogę na nogę i tak siedząc, z założoną nogą, delikatnie się uśmiechał. Powiedział: „bo tak, tak będę szybciej zdrowy!” Humor nie opuszczał go do końca, wspierał go razem z jego miłością do rodziny.
Pustka?
Czy jego życie było pustką? Każdy sam to musi ocenić, bo historia nie napisze o nim ani słowa w wielkich annałach wielkiego narodu. Na pewno nie był człowiekiem beztroskim i zawsze szczęśliwym. Zasłużył na więcej szczęścia i spokoju, niż było mu dane odczuć. Ale walczył i nigdy się nie poddał temu, co uważał za zło. Kochał swoją rodzinę, uwielbiał swoje wnuki. Cieszył się, że jego wnuczka Natalia będzie brała niedługo ślub. Do końca nad własne szczęście przedkładał szczęście swojej żony.
To swoje jedyne życie poświęcił innym.
Uważał, że historia, którą kochał, uczy, nawet, jeśli ludzie odmawiają przyjęcia tej nauki, że jedyna trwałą wartością w świecie chaosu jest bycie dla innych. Życie godne, etyczne, moralne nawet wbrew światu całemu, w imię własnego honoru. Tak starał się je przeżyć.
Takiego, proszę, Go zapamiętajcie.