Kobiety równe w nauce

Po ciekawym spotkaniu z prof. Bogumiłą Kaniewską dotyczącą sytuacji kobiet na polskich uczelniach wyższych skłonny jestem do umiarkowanego optymizmu. W trakcie spotkania padło kilka ciekawych pytań, na które Pani Rektorka odpowiadała racjonalnie i spokojnie. Niemal nie zdarzały się skrajnie niemądre wystąpienia. Było miło. To oznacza, że temat – poza wąskim gronem ultrakonserwatywnych, a może po prostu oderwanych od otoczenia kolegów – nie budzi zasadniczo negatywnych emocji. Ale moje umiarkowanie wynika z obserwacji bezradności wobec tematu i jego implikacji. W miłej atmosferze miło płynie czas, ale nic nie jest w stanie się zmienić. I absolutnie nie dotyczy to tylko uczelni polskich, choć pod względem troski o bezpieczeństwo – a tym jest przecież równość w każdym aspekcie – daleko naszym uczelniom nawet do standardów naszych zachodnich sąsiadów. I nie chodzi tu o procenty doktorantek czy doktorek lub zatrudnionych ogółem – bo te mogą wynikać z różnych uwarunkowań, w tym płacowych – istotnych w społeczeństwach przywiązanych do tradycyjnych ról kobiet i mężczyzn.

Myślę, że dziś jesteśmy w miejscu, w którym system szkolnictwa wyższego zachodniej Europy znajdował się w 2010 r. Wtedy powstał raport będący metaanalizą zaleceń i publikacji dotyczących polityk równościowych. Wtedy wyraźna była dominacja opracowań prawnych, zaleceń kierowanych słuszną ideą, ale brak było studiów zawierających wyniki i operacjonalizację skutków wdrożonych rozwiązań. Krótko mówiąc – mówiono, co należy osiągnąć, proponowano – jak, ale o skutkach mówiono mało. Nie były one też szczególnie budujące. Pozytywna dyskryminacja i system parytetów spotykał się z niechęcią w akademii wyrażaną tak przez kobiety, jak i mężczyzn. Co interesujące, kobietom podobały się inicjatywy działań grupujących uczestniczki według płci – obozy, szkoły letnie / zimowe, tutoring… Jednak jaki miało to wpływ na zmianę ich pozycji w systemie? Nie wiemy, moim zdaniem wskazywało to jedynie na wysoki poziom braku bezpieczeństwa kobiet w środowisku naukowym. Dla wdrażania polityk równościowych za kluczowe uważano mocne i stabilne poparcie dla nich ze strony wyższego i średniego aparatu zarządczego.

Czytaj dalejKobiety równe w nauce

Nie minister, lecz nasze wartości

Jan Hartman zaproponował w artykule dla 'Gazety Wyborczej’ ciekawą diagnozę oparta na klasycznym przeciwstawieniu arystokracji ducha i drobnomieszczańskiego zaaferowania życiem:

’Uniwersytet przestał być oazą wyrafinowanego myślenia, eleganckiego obejścia i wszechstronnej erudycji promieniującą swym splendorem na całe miasto, a nawet kraj. Jest raczej zakładem edukacyjnym i badawczym nastawionym na praktyczne cele wyrażające się w powodzeniu rekrutacji na studia, zdobywaniu grantów, wysoko punktowanych publikacjach, patentach i wdrożeniach, intratnych usługach.’

W pewnym sensie wtóruje mu Agnieszka Kublik przedstawiając działania Ministra Przemysława Czarnka jako zabijające realną swobodę badań i wprowadzające w życie akademickie nowomowę, do której akademicy dopasowują się i mimo pewnych, początkowych oporów, akceptują jej skutki. Autorzy opisują krytyczny stan naszej Akademii, można tylko westchnąć – który to już raz?, ale mnie bardziej ciekawiło pytanie o ich wizję zapobiegania temu kryzysowi. Bliskie mi są słowa kończące artykuł profesora Hartmana:

Tak czy inaczej, pandemia, przypieczętowując przeistaczanie się uniwersytetu w „instytucję jak każda inna”, ostatecznie konfrontuje nas, niepoprawnych marzycieli, z rzeczywistością. Czas wziąć się do roboty.

Tylko co kryje się za tym ogólnym wezwaniem? I czy skoro Profesor widzi wspomniane zmiany jako efekt naturalnego docierania do Polski tendencji ogólnoświatowych, to czy wzywa nas do przeciwstawiania się im i budowania XIX-wiecznego uniwersytetu jako ośrodka prestiżu, czy raczej zachęca do przystosowania się i porzucenia dawnego ideału badacza na rzecz nowego ideału naukowca – przedsiębiorcy? Jako zadeklarowany optymistyczny realista uważam, że warto zrewidować samą diagnozę i jej sens.

Jeśli podnosimy alarm zaniepokojeni stanem uniwersytetów, to robimy tak dlatego, że czujemy, iż ich codzienność rozmija się z wartościami, które są nam bliskie. W poprzednim wpisie proponowałem identyfikację wspólnych wartości akademickich jako przesłanek budowania 'polityki akademickiej’, to jest akcentującej oparcie relacji w społeczeństwie na prawdzie i jej poszukiwaniu, otwartości, odpowiedzialności za swoje działania, wreszcie budowaniu współpracy w celu osiągnięcia wspólnych celów. Czy patrząc na ten zwięzły katalog możemy zarzucić naszej akademii głęboki kryzys, przemianę jej charakteru, o której pisze prof. Hartman?

W mojej ocenie kluczowym problemem nie jest to, że w wyniku masowego kształcenia dla wielu studentów uczestnictwo w procesie edukacji w ich jednostkach szkolnictwa wyższego (żargon świadomie użyty) nie jest przygodą intelektualną, a stało się jednym z niezbędnych, ale niespecjalnie cennych etapów społecznego curriculum. Przedszkole, szkoła podstawowa, średnia, studia, praca… ale życie prawdziwe toczy się obok. Słabi studenci, studenci na słabych uczelniach, obie strony traktujące się bez większego szacunku – to zjawisko nienowe. Jednak jego skala doprowadziła do wyostrzenia skutków braku zrozumienia, czym jest akademia. Masowość szkolnictwa wyższego ma też i tę stronę, że w skali nieznanej wcześnie zatrudniono w szkołach wyższych wykładowców akademickich. Bieżący rok akademicki rozpoczęliśmy z – bagatela! – blisko 100.000 wykładowców akademickich, 28.500 doktorantów i 1,2 mln studentów. Samych uczelni publicznych mamy około 130, niepublicznych ponad 200. Teraz dla porównania: w roku akademickim 1922/23 funkcjonowało w na ziemiach II RP 17 szkół wyższych kształcących nieco powyżej 38.000 studentów. W 1938/39 szkół było 28, studentów nieco poniżej 50.000. W skład tzw. personelu nauczającego w roku akademickim 1922/23 wchodziło około 2300 osób, zaś w 1938/39 – 4400 osób, w tym profesorów zwyczajnych – czyli dzisiejszych mianowanych przez Prezydenta RP – 457. Tak, czterystu pięćdziesięciu siedmiu. Dziś w Polsce mamy ponad 10.000 czynnych profesorów tytularnych. Nie widać poprzez samą tę skalę szans na powrót do czasów, w których każda uczelnia miała ambicje być ośrodkiem, który poza dostarczaniem wiedzy miał zmienić życie młodego człowieka i uczynić z niego świadomego współtwórcę kultury.

Nie oznacza to jednak konieczności rezygnacji z podstawowych wartości akademii. Być może należy się na nich właśnie skupić, szczerze deklarując, które uczelnie z jaką z tych wartości najbardziej się identyfikują, jak chcą je wspierać? Można być świetną uczelnią techniczną, akcentując użyteczność nabywanej wiedzy, a jednocześnie mniej uwagi – bez rezygnacji z tej wartości! –  poświęcającą poziomowi uczestnictwa swoich absolwentów w kulturze. Jestem w stanie chętniej zaakceptować sytuację, w której jasno zadeklarowane, różnorodne modele i formy akademickich wartości będą przyciągać studentów szukających użyteczności lub kultury lub szkoły życia obywatelskiego niż sytuację dzisiejsza, w której wartości akademickie są wstydliwym słowem, któremu nie warto poświęcać cennego czasu, z którymi część szkół nie chce mieć nic wspólnego.

Kryzys to też oznaka zmiany. Uważam, że wartości akademickie są jądrem obywatelskiej kultury Zachodu. To nie one są przestarzałe, to my mamy problem z odwagą w ich obronie przed śmiesznie małostkowymi zachowaniami tych, który o nich zapomnieli. Znam studentów, którzy przeżywają swoje studia jako wyzwanie intelektualne. Znam profesorów i doktorów, którzy mają prawdziwą charyzmę wykładowcy i badacza. Ten świat wciąż żyje. Jeśli czegoś nam w Polsce brakuje, to odwagi, by tego świata bronić i go wspierać. Granty, punkty i publikacje, liczne grupy studenckie nie wskazują na kryzys. Nie, przejawem kryzysu jest upodlenie dyskursu publicznego, brak racjonalności w polityce, bezwstydne kłamstwa i dominacja krzyku i przemocy w życiu społecznym. Wszystko to oznacza, że akademickie wartości przestały być atrakcyjne, wycofały się z życia codziennego – bo zniknęły na uczelniach, które wykształciły profesorów i doktorów, nie mówiąc o magistrach, zwłaszcza historii, kształtujących nasze życie wspólnotowe.

Diagnoza o kryzysie akademii nie powinna się skupiać na powierzchownych formach i personalnych kłopotach, lecz na wartościach tworzących akademię i ich przekazywaniu społeczeństwu. To powinno być naszym zadaniem. Minister odejdzie, punkty przeminą a religie się zmienią. Ale świat społeczny pozostanie i o jego kształtowanie powinniśmy przede wszystkim zabiegać.

Nie dla partyjnej, Tak dla własnej polityki świata nauki

Nieco ponad dwa lata temu zarządzający 'Nature’ stanęli przed dylematem, jak odpowiadać na zarzuty, że w czasopiśmie pojawiają się tematy polityczne, a niektóre artykuły choć z tytułu takimi nie są, to treść mają związaną z konkretnymi poglądami politycznymi. W listopadzie 2022 r. zdecydowano się opublikować stronę z trzema podcastami przedstawiającymi różne odcienie relacji między polityką i nauką. Trzy odcinki przedstawiały poprzez autorską kompilację rozmów z praktykami – badaczami i dziennikarzami – historyczne relacje między nauką a polityką, obecność polityki w życiu współczesnego naukowca, wreszcie wyzwania stojące przed dziennikarkami i dziennikarzami zajmującymi się tematyką naukową, a poprzez to – uwikłanymi również w kwestie polityczne. Bo to jedno było bezdyskusyjne – nauka i naukowcy są uwikłani w politykę i nic nie może tego zmienić.

Co więcej, w sporze – u nas jakby przeoczonym – czy nauka powinna abstrahować od wartości, wyraźnie podkreślono, że jest to niemożliwe, bo sama nauka promuje konkretne wartości przedkładając prawdę nad przyjaźń, pozycję społeczną czy korzyści materialne. Krótko mówiąc problem, o którym już kiedyś pisałem, to jest nieunikniona obecność polityki w nauce, spędza sen z powiek redaktorom najważniejszych czasopism naukowych. Nie podają oni jasnego rozwiązania licznych dylematów, ale – moim zdaniem jak najbardziej słusznie – wskazują na dwa elementy: wspomniane wyżej wartości własne nauki oraz – etykę.

Czytaj dalejNie dla partyjnej, Tak dla własnej polityki świata nauki

Wojny z dziećmi ciąg dalszy? Subwencja edukacyjna

Edukacja powinna wspierać dzieci. Społeczeństwo demokratyczne powinno wspierać grupy najsłabsze, bo to gwarantuje poczucie bezpieczeństwa wszystkim obywatelom i wzmacnia spójność społeczności. Od lat nie mam wątpliwości, że w dzisiejszej Polsce politycy o oby zasadach zapomnieli. Podobnie jak nie pamiętają o równości wobec prawa i konstytucyjnym zobowiązaniu do zapewnienia równego i powszechnego dostępu do edukacji. Tragiczną sytuację nauczycieli zna każdy, kto ma znajomych lub członków rodzin aktywnych w tym zawodzie. Mi z ogromną przykrością przychodzi słuchać studentów, którzy deklarują i wykazują zaangażowanie pedagogiczne, ale z góry wykluczają pracę w szkolnictwie powszechnym ze względów finansowych i organizacyjnych. Kto chce, może też i o tym poczytać. Ale dziś dostałem list, który mnie zmroził.

Wielu z nas z niepokojem obserwowało działania MEiN w sprawie tzw. ustawy Czarnek 2.0. Zwłaszcza jako rodzice dzieci przebywających na edukacji domowej ponowne odrzucenie przez Prezydenta skwitowaliśmy westchnieniem ulgi. Okazuje się jednak, że walka Ministerstwa z tym modelem kształcenia trwa nadal. Dyrekcja szkoły, do której uczęszcza mój syn – nie jest to żadna lewicowa fundacja, ostrzegam niektórych czytelników, poinformowała rodziców, że

Od dnia 1 stycznia 2023 roku, na podstawie Rozporządzenia Ministra Edukacji i Nauki z dnia 22 grudnia 2022 r. w sprawie sposobu podziału części oświatowej subwencji ogólnej dla jednostek samorządu terytorialnego w roku 2023 (Dz.U. z 2022r. poz. 2820), nastąpiło drastycznie obniżenie subwencji, a tym samym dotacji oświatowej przekazywanej na ucznia ED. Do 200 uczniów jest ona na zasadach z poprzedniego roku (0,8), od 201. ucznia jest zmniejszona czterokrotnie, do poziomu 0,2 (czyli do około 110 zł miesięcznie).

Dodajmy, że zgodnie ze zwyczajem Ministerstwa zapis ten kryje się już nawet nie w skomplikowanym algorytmie, gdzie wartość 1,0 mają uczniowie szkół państwowych uczęszczający w trybie dziennym, a uczniowie uczący się poza szkołą – 0,8. Nie, wykluczenie finansowe zawarto w dodatkowym zapisie, s. 38, punkt 40 rozporządzenia. Ot, żeby życie utrudnić, a algorytmu oficjalnie nie zepsuć.

Oznacza to, że dzieci, które zostają w domach, których uczą przez większość czasu rodzice, które w dużej liczbie nie mają innego wyjścia, bo ze względu na specjalne potrzeby są nie do zaakceptowania w standardowym, a często nawet alternatywnym modelu kształcenia, nie mogą liczyć na dofinansowanie dodatkowych zajęć, w tym zalecanych przez Poradnie, także o charakterze rehabilitacji, ponieważ znajdują się w grupach powyżej 200 uczniów? Dlaczego akurat 200 jest wartością graniczną? Czyżby szkoły wyznaniowe nie miały większej liczby uczniów kształconych w ten sposób? Nie wątpię, że jest to zachęta do likwidacji wyspecjalizowanych jednostek edukacyjnych i 'upchnięcia’ dzieci w rejonowych szkołach, które przyjmą dziecko i pieniądze – ale nie będą miały w większości czasu i wiedzy, jak z tymi dziećmi pracować.

Spokojnie, zrobię wszystko, by moje dzieci nie ucierpiały. Ale po raz kolejny polityka mojego kraju uderza w moją rodzinę. W dzieci, które powinny uczyć się współpracy i szacunku dla każdego członka społeczeństwa. Wojna z własnym społeczeństwem jako polityka edukacyjna napawa mnie odrazą.

Wojna z najsłabszymi – to zwykła podłość i tchórzostwo.

Wartości i zarządzanie – to zwykły wybór

Czy jest coś złego w pragmatycznym zarządzaniu przedsiębiorstwem, w tym uczelnią wyższą? Absolutnie nie. Tylko trzeba wyjaśnić kilka podstawowych kwestii. Zarządzanie pragmatyczne to takie, które opiera się na doświadczeniu wynikającym z obserwacji relacji między zarządzanym zespołem a otoczeniem w czasie realizacji procesów przybliżających do założonego celu. W przypadku sytuacji kryzysowych lub spadku wydajności produkcji ten rodzaj zarządzania zakłada testowanie dodatkowych działań w celu optymalnego dostosowania procesów produkcyjnych (podstawowych i wspierających) do osiągnięcia przez zarządzany zespół ludzki pożądanego celu. Inaczej mówiąc, jest to racjonalność modelowania relacji między zespołem a otoczeniem dla osiągnięcia celu. Kluczem jest nie metoda, ale słowo 'cel’ lub 'optymalny produkt’. Dopiero precyzyjne zdefiniowanie tego słowa pozwala ocenić, czy podejmowane decyzje są pragmatyczne, dobre dla organizacji, czy wręcz przeciwnie, destrukcyjne.

Jak zatem zdefiniować cel funkcjonowania uczelni wyższych, pracowników sektora nauki (bo w tych kategoriach trzeba myśleć kierując się pragmatyzmem w zarządzaniu)?

Jest tu ogromne pole do dzielenia włosa na czworo, a nawet czworo do sześcianu. Bo przecież każdy może zaproponować własną definicję takiego celu. Może nim być pozyskanie środków w celu utrzymania pracowników. Może nim być wsparcie obywatelskiego, kulturowego, cywilizacyjnego rozwoju społeczeństwa. Może nim być wsparcie bieżących przedstawicieli władzy, którzy zarządzają środkami zabranymi obywatelom i mogą się nimi hojniej lub skapiej z nami podzielić. Może też być nim wsparcie karier pewnej grupy osób. Jednym słowem – każdy może sobie taką definicję wymyślić, która jest bliska jego własnym, życiowym celom. Sęk jednak w tym, że będą to definicje pragmatyczne jednostek. Nie mają one żadnej wiążącej mocy dla całych grup. Gorzej, w przypadku instytucji ufundowanych na autorytecie wypracowanym przez minione pokolenia, te definicje mijają się z konstytutywnym elementem dla danej społeczności – wartościami łączącymi minione pokolenia badaczy i nauczycieli akademickich oraz tych, którzy czasowo pełnią tę funkcję dziś.

Czy wiemy, co nas łączy i odróżnia jednocześnie od innych grup społecznych, celowych? Nas dziś i nas z naszymi poprzednikami?

Powstało wiele definicji uniwersytetu, akademii, życia naukowego. Od XVIII w. stałe jest tylko przywiązanie do tradycyjnych wartości wyrażanych do dziś w przysiędze doktorskiej. Powraca w niej zawsze jedna wartość – poszukiwania prawdy siłą ludzkiego rozumu. Nie dla honorów i nie dla zysku, lecz dla chwały prawdy i ludzkiego umysłu. Choć brzmi to pompatycznie i nie raz było przedmiotem żartów, w tym zawierał się kiedyś i wciąż jest nim dziś fundament naszego funkcjonowania. Nasze istnienie opiera się na zaufaniu tych wszystkich, którzy łożą na nasze utrzymanie i powierzają nam swoje przyszłe losy w procesie edukacji i popularyzacji bądź komercjalizacji wyników badań podstawowych. Szczególnie w przypadku uniwersytetów klasycznych właśnie to zaufanie, a może wręcz wiara, że grupują one osoby wyrzekające się czegoś zwyczajnego (pogoni za 'brudnym zyskiem’ i 'próżną chwałą’) przez wzgląd na dobro całej ludzkości uzasadnia wydatkowanie środków na nasze funkcjonowanie. Absolutna większość naszych prac naukowych przechodzi bez echa i odejdzie niezauważona zanim jeszcze my przejdziemy na emeryturę. Zdecydowana większość naszych studentów nie pamięta nazwisk i imion większości swoich wykładowców (poza tymi, których kochali lub… nienawidzili). A mimo to uniwersytety trwają obdarzane szacunkiem tym większym, im bardziej potrafią zadbać o równowagę między odpowiedzią na potrzeby otoczenia – i eksponowaniem wierności swoim tradycyjnym wartościom.

Nie pragmatyzm, lecz prezentyzm dyktuje podporządkowanie działań wymogom lobbingu tej czy innej grupy nacisku. Prezentyzm oznacza zysk krótkookresowy, pozostawia na boku wartości i losy zespołów w dłuższej perspektywie. Liczy się wyłącznie chwilowy zysk. Dla uniwersytetu, dla środowiska nauki jest to zabójcze, destrukcyjne podejście. Abstrahuje bowiem od fundamentalnych wartości definiujących naszą wspólnotę. Oznacza prymat interesów poszczególnych grup i grupek. Decyduje o utracie zaufania społecznego do czystości naszych działań. Nie oznacza to końca instytucji, ale koniec uniwersytetu. Raz zadeklarowany prezentyzm wymaga stałego podtrzymywania służebnej funkcji zespołu wobec benefaktora. Utrata zaufania społecznego do  misji uczelni wynikająca z odejścia od wartości wspólnych jest zaprzeczeniem pragmatycznego modelu zarządzania, który dba o wartość dodaną w ramach podstawowych procesów, fundamentalnych dla osiągnięcia celu danej instytucji. Prezentyzm dla nauki jest zabójczy, tak jak zabójcza była uległość środowisk naukowych w każdym systemie totalitarnym.

Jestem zwolennikiem pragmatycznego zarządzania systemem nauki, zarządzania respektującego fundamentalne wartości akademickie. Uważam, że dziś takiego systemu nie ma. Jest chwiejne, prezentystyczne negocjowanie celów i warunków funkcjonowania systemu, wspieranie środowisk bliskich chwilowym ośrodkom dystrybucji prestiżu i pieniędzy. Wszyscy, którzy włączają się w budowanie tego systemu, powinni czynić to świadomie. Bo widać wyraźnie, że nie wszyscy muszą żyć według prezentystycznego modelu. Że można dbać o dobre imię uczelni i budować jej przyszłość na trwałych fundamentach. Można też wyprzedawać to imię za przywileje, stanowiska, obligacje i dotacje. Ze szkodą dla przyszłości nie tylko konkretnych uczelni czy środowiska. Ale całej kultury i obywatelskiego poczucia naszej wspólnoty, która może, ale nie musi ufać nauce.

Można też nie patrzeć w górę.

Można być sprytnym.

To zwykły wybór.

Rok 2023 i poza – czy Polska potrzebuje nauki?

Patrzenie wstecz ma sens, ale dla mnie głównie po to, żeby zrozumieć otaczający mnie świat i jakość przygotować się na przyszłość. Więc zamiast podsumowywać miniony rok, rzuciłbym okiem w niedaleką przyszłość korzystając z wiedzy o przeszłości. W jednym konkretnym celu, żeby zapytać się o dwie główne osie funkcjonowania systemu szkolnictwa wyższego i nauki, to jest prowadzenie badań naukowych i edukację. Budowę ośrodków, w których rozwijałaby się kultura badań naukowych na światowym poziomie, miał zapewnić program IDUB.

Od początku urzędowania bieżącego Ministra był on zaniedbywany, deprecjonowany, a czasami wręcz w sposób nieprawdziwy charakteryzowany (np. rzekome dążenie uczelni IDUB do przejęcia monopolu na habilitacje i doktoraty). Z wielkiej reformy, jaką projekt miał przynieść, pozostało nieco pieniędzy (po 10% podstawowego budżetu subwencji z 2019 r. dla 10 uczelni i po 2% dla kolejnych 10) i niewiele więcej. W tym roku będzie miało miejsce podsumowanie formalne pierwszej połowy programu, ale już dziś widać wyraźnie, że ten program nie doprowadził do przełomu w rozwoju badań naukowych. Szansa, jaką dawał, została zmarnowana nie tyle przez uczestników, którzy w znaczącej liczbie starali i starają się o projakościowe jego wykorzystanie, ile przez odcięcie jego funkcjonowania od przemyślanego, długofalowego wykorzystywania jego efektów. Najlepiej wykształceni doktoranci nie będą pracować na uczelniach za spłaszczone, minimalne stawki przy 10%, a być może niedługo niższym wskaźniku sukcesu. Wyjazdy zagranicę, zapraszanie najlepszych badaczy zagranicznych, udział w projektach badawczych, publikacje – wszystko to ma głęboki, długofalowy sens. Ale Polska nie skorzysta na tym opierając się na zasadach obecnej, lobbystyczno-transakcyjnej ewaluacji 'jakości badań’, wypłaszczaniu pensji badaczy, braku wysiłków na rzecz budowy wydajnego i szybkiego systemu transferu wiedzy do gospodarki i społeczeństwa, dewaluacji pozycji nauczyciela akademickiego. Te czynniki spowodują raczej nastawienie młodych badaczy na ucieczkę wobec braku perspektyw materialnych i prestiżowych (te zasoby kurczą się tragicznie) oraz na budowanie enklaw doskonałości tam, gdzie badacze z różnych powodów jednak nie będą chcieli poddać się klimatowi przeciętności. Nie jestem czarnowidzem. Uważam, że minione trzy lata pokazały znaczący potencjał rozwoju polskiej nauki, ale też jego strukturalne przeciwności, kulturowe (nie jesteśmy gotowi na akceptację specjalizacji i rozwarstwienia pod kątem doskonałości badań, wdrożeń, dydaktyki) i polityczne (zarówno Partia, jak i partie nie rozumieją i nie są zainteresowane tworzeniem nowoczesnego społeczeństwa i kraju).

Trudno wskazać na jednoznaczne mierniki zmian jakości aktywności naukowej poprzez analizy bibliometryczne, bo te opierają się na trudnych do zaakceptowania założeniach gromadzenia danych w oparciu o bazy med-scinece, pomijają kwestie regionalnego oddziaływania nauki i wdrożeń gospodarczych i społecznych. Dla mnie lepszym miernikiem jest statystyka otrzymywania grantów ERC, przy całej ich specyfice kierowanych do wybitnych badaczy z ciekawymi, nawet jeśli ryzykownymi pomysłami, dobrze osadzonymi w głównych, światowych nurtach badań. I naprawdę widać tu pozytywne zmiany. W latach 2020-2022 badaczy pracujący w polskich jednostkach otrzymali jako kierownicy projektów finansowanie 16 z nich na kwotę 36 milionów euro. W latach 2017-2019 – 9 projektów na kwotę12 milionów euro, zaś dla 2014-2016 było to 10 projektów z 14 milionami euro budżetu. Ten postęp widać też w zmniejszaniu się tragicznej wręcz dysproporcji w stosunku do naszego południowego sąsiada – Czech. Oba kraje startowały z tego samego poziomu naukowego w 1989 r. (może nawet Polska z nieco wyższego wobec mniejszej presji politycznej), ale w Czechach w latach 2014-2016 było lokowanych 14 projektów ERC z 25 milionami budżetu, w latach 2017-2019 – 17 projektów i 22 miliony budżetu, w latach 2020-2022 – 13 projektów i 19 milionów budżetu. To nadal dane zawstydzające nas, bo Polska liczy sobie 38 milionów obywateli, a Czechy – około 10,6 milionów…  ale pokazujące wzrost naszego kapitału naukowego w skali kontynentu. Szału nie ma, ale jest potencjał. Tylko trzeba to powiedzieć szczerze – ten potencjał jest w dwóch ośrodkach – w Warszawie i Krakowie. Spośród 55 projektów ogółem pozyskanych przez Polskę 42 lokowane są w Warszawie (zasługa min. lokalizacji centrali PAN), 7 w Krakowie (UJ), 3 w Poznaniu, 2 w Gdańsku. To nie jest polska specyfika. W Czechach 36 projekty przypadają na Pragę, 12 na Brno, po 3 na Czeskie Budziejowice i Ołomuniec. To lepszy niż u nas wynik, ale centralizacja nadal jest widoczna. Podobnie na Węgrzech, gdzie spośród 75 projektów ERC (na 9,7 mln mieszkańców…) aż 61 przypada na Budapeszt, 12 na Szeged i 2 na Sopron. W tym kontekście próba wykreowania w Polsce 10 lub 20 uczelni badawczych jest nieporozumieniem za środki, jakie na ten cel przeznaczono. Pytanie należałoby zadać inne – skoro widać, że jest spora grupa badaczy chcących niezależnie od otoczenia i presji środowiskowej i politycznej rozwijać badania naukowe, to czy Polska nie powinna ich wspierać w imię pozyskania korzyści dla podatnika łożącego te środki? Na przykład radykalnie zwiększając środki na granty badawcze, których założeniem byłoby tworzenie zespołów angażujących osoby z różnym doświadczniem badawczym, z różnych ośrodków, w tym międzynarodowych o odpowiednim poziomie badań. Tak, lepsi dostaną więcej i będą jeszcze lepsi kształcąc młodszych i wspierając badaczy z mniejszych ośrodków, ale może jest to lepsze rozwiązanie niż rozrzucanie czeków z kartonu i ręczne podwyższanie kategorii i prestiżu w skali całych uczelni? Zwłaszcza, że jak na razie nie widać żadnego ruchu po stronie politycznej, który wskazywałby na posiadanie cienia koncepcji jak wykorzystać efekty projektu IDUB czy osiągnięcia zespołów pracujących w jednostkach PAN, a raczej widać chęć ośmieszenia osób i instytucji, które uwierzyły w sens pracy na rzecz nauki.

Dydaktyka szkół wyższych, a zwłaszcza jej poziom i cel. to zagadnienie warte głębszej refleksji, której boleśnie nam brakuje. Sama liczba wykształconych po 1989 r., odsetek osób z wyższym wykształceniem – to słaby miernik jakości edukacji. Z pewnością jest to miernik ambicji edukacyjnych społeczeństwa, nacisków politycznych najpierw na 'przechowanie’ potencjalnych bezrobotnych, a później na pokazanie wysokiego poziomu cywilizacyjnego aspirującego społeczeństwa. Tyle, że znów zabrakło koncepcji, co dalej? Jak zagospodarować tych wykształconych? I jakie jest to wykształcenie? Interesujące dane dla 2018 r. podał NBP. Otóż wśród migrantów było 25% osób z wyższym wykształceniem, 52% średnie, 22% zasadnicze zawodowe. W tym samym czasie w Polsce pracowało 36% osób z wykształceniem wyższy, 36% – średnim, 29% – zasadniczym zawodowym. Trzeba jednak zastrzec, że są to dane oparte na próbie 4700 migrantów wywiadowanych w 2018 r. Jednak wynika z nich, że studia sprzyjają pozostaniu w Polsce. Najwyraźniej z upływem lat maleje chęć do opuszczenia kraju w związku z nabytym kapitałem i kłopotem z jego równoważną wymianą zagranicą. Skoro tak, skoro uczelnie od lat gwarantują, że większość z ich absolwentów pozostaje w kraju, to czy staliśmy się krajem wysokich technologii, przemysłu kreatywnego, świadomego wspierania przez rządu nowoczesnych branż wytwórczych i rozkwitu start-upów? Polski samochód elektryczny? Polska fabryka szczepionek przeciw COVID? Polskie drony? Ba, może rozwijamy w szczególnej chwili polski przemysł zbrojeniowy, zamiast kupować licencje? Najszybciej bodaj rozwijają się aktywności związane z informatyką i przemysłem kosmicznym, ale to nie one przesądzają o charakterze społeczeństwa i gospodarki, a i w tym przypadku rząd inwestuje w rozwiązania zagraniczne.

Dobitnym uwypukleniem relacji między wykształceniem a potrzebami społeczeństwa mierzonymi poziomem wynagrodzenia (bo jak inaczej zmierzyć bez wnikania w szczegóły zapotrzebowanie społeczne w warunkach wolnego rynku? nawet, jeśli coraz bardziej znacjonalizowanego i upartyjnionego) są średnie wynagrodzenia absolwentów. W 2020 r. jeszcze 6 lat po uzyskaniu dyplomu nie osiągali oni wynagrodzenia równego średnim zarobkom w kraju. Najlepiej pod tym względem wyglądali absolwenci kierunków medycznych (1,5 średniej) i inżynieryjnych (1,3 średniej), bardzo słabo kierunków humanistycznych (0,87). Rozwiewając mit – absolwentów kierunków inżynieryjnych było blisko 28.000, a humanistycznych 18.000 w 2014 r. Z tych ułamkowych danych można co najwyżej wywieść, że choć Polska nie stwarza warunków do rozwoju nowoczesnych technologii, to rozwija średnią kadrę techniczną na potrzeby istniejących i wdrażanych w kraju technologii. Pułapka średniego rozwoju? Tak czy siak – wyższe wykształcenie nie zapewnia w Polsce przyszłości, nie jest gwarantem szybkiego awansu materialnego lub prestiżowego.

Patrząc dziś na dane z najbliższej przeszłości ciężko byłoby odpowiedzieć, czy Polacy uważają, że potrzebują badań naukowych prowadzonych przez Polaków? Jakiejś formy wykształcenia zawodowego na poziomie wyższym – na pewno, choć malejąca liczba studentów, a zwłaszcza odsetek rezygnujących z kształcenia po I stopniu studiów wskazuje, że i tu następuje głęboka zmiana. Stałe dokształcanie się, zdobywanie wiedzy specjalistycznej, potrzebnej do wykonywania bieżących zadań – zapotrzebowanie na to wciąż jest duże. Ale dłuższe formy kształcenia, bardziej teoretycznego nie przynoszą wielu korzyści. Zupełnie zaś nie opłaca się skupiać wyłącznie na nauce. Studenci pracujący w czasie studiów zarabiają lepiej zarówno bezpośrednio po skończeniu studiów, jak i po 6 latach od ich ukończenia. Uważam, że o ile kolejne rządy nie zmienią swojej polityki, to skutkiem ostatnich lat, demagogicznych przemian i deprecjacji etosu naukowca, będzie odejście polskiego ekosystemu szkolnictwa wyższego od ambicji naukowych i skierowanie go niemal wyłącznie w kierunku zawodowo-dydaktycznym. Z mojej perspektywy to błąd, bo oznacza to istotne osłabienie potencjału cywilizacyjnego i kulturowego społeczeństwa w obliczu dynamicznego rozwoju sąsiadów. Na chwilę wracając do wątku grantów ERC – poza przykładem czeskim spójrzmy kraj związkowy Saksonia, dawniej część NRD, który startując z podobnego poziomu co Polska, pozyskał ogółem 76 grantów ERC (63 Drezno i okolice, Lipsk 13), na kwotę 114 milionów euro. I tak, stało się to dzięki inwestycjom rządowym i znacznej wymianie badaczy.

Wciąż uważam, że naukowcy i absolwenci szkół wyższych pracujący w Polsce mogą zmienić ten kraj. Wierzę, że będą chcieli, gdy nadarzy się okazja. Trzymam za nas kciuki.

 

Dlaczego należy zlikwidować ewaluację jakości badań?

Kolejna runda farsy (bo to już nie jest ani tragedia, ani nawet komedia) ewaluacyjnej właśnie się kończy. Minister podnosi kategorie, za chwilę zobaczymy – albo i nie – wyniki tych działań ze stosownie większą liczbą dyscyplin z kategorią A+, A i B+. KEN mimo oporów spełnił swoje zadanie jako listek figowy, a jego przewodniczący odpowiednio pokierował wynikami prac. By wprowadzić element współczesności – po pięciu latach dość nudnego meczu, który zakończył się błyskotliwym zamieszaniem, zmianami regulaminu, wymianą piłek ze standardowych na kamienne dla jednych, a puchowe dla drugich, po usunięciu bramkarzy, poszerzeniu bramek na szerokość boiska i wreszcie po dodaniu stosownej liczby bramek przez prezesa MEN bez względu na wynik meczu do jednej bramki, dowiemy się, że wszyscy są świetni. Niektórzy mniej, niektórzy bardziej, ale wszyscy są świetni. A skoro wszyscy są świetni, to po co się nad tym długo zastanawiać i wydawać góry pieniędzy oraz spędzać oceany czasu na przygotowanie i przeprowadzanie ewaluacji, nie wspominając o wewnętrznych napięciach, konfliktach, ambicjach…

Czytaj dalejDlaczego należy zlikwidować ewaluację jakości badań?

Co jest najważniejsze?

Wszelkie apele do Ministra i Partii są pozbawione sensu. Było ich wiele i o ile nie towarzyszył im lobbing wewnątrz Partii lub rodzin członków Partii, nie zdawały się na nic. Protesty, masowe i długotrwałe, mają więcej sensu – ale i one wymagają cierpliwości i naprawdę masowego poparcia. Stąd czytałem z pewną nostalgią i z zazdrością o poczucie sprawczości uchwałę Zgromadzenia Plenarnego KRASP z 25 listopada 2022 r., które apelowało o różne kwestie. Wiadomo już, że Minister nie przejął się tymi apelami – bez złudzeń, Panowie. I nie zamierzałem o tym pisać, ale czytając wywiad z Bogusławm Grabowskim uderzyła mnie jego – bliska mi – ocena sytuacji w edukacji, w tym w naszym sektorze:

Pisowska edukacja to wrzucanie kijanek do garnka z gotowaną wodą, one nie wyskoczą, są bezbronne. (…) Ludzie mają wiarę, przeświadczenie, a dopiero potem poglądy. (…) PiS w edukacji chce przesunąć swoje narzucane poglądy do poziomu przeświadczenia. To też model wschodni, większość Rosjan ma przeświadczenie, że ich państwo jest czymś szczególnym, a wokół wrogie siły. Zamiast uczenia historii poprzez ciągłą nawalankę z Niemcami, te bitwy pod Cedynią, Grunwaldem itd., można też uczyć o przekształcaniu się sił wytwórczych, sposobie uprawiania ziemi, nabywaniu coraz większych praw przez chłopów i kobiety. Te tysiąc lat mogę pani opowiedzieć inaczej. Edukację zabałaganiliśmy 30 lat temu. Najgorsze są uniwersytety, nasz najlepszy jest w czwartej setce. A fundamentem wszelkich rozwiązań instytucjonalnych i prawnych jest kształtowanie ludzi do wolności i demokracji poprzez edukację.

Jakkolwiek brzmi to boleśnie, tak wygląda ogląd naszego sektora w oczach osoby mającej szeroką wiedzę i ponadpolskie horyzonty, możliwość refleksji niezależnej od bieżącej polityki uczelniano-sektorowej i konkretną wizję potrzeb modernizacyjnych kraju. Potrzeb, których nasz sektor kompletnie nie jest w stanie zaspokoić – powtórzę, w oczach obserwatora z zewnątrz o dużej wiedzy i niezależności od bieżących interesów sektora. Nie uważam, żeby rankingi były naszym najważniejszym problemem, choć podejście do nich wiele o nas mówi – pisałem o tym zresztą w innym miejscu. Co zatem nim jest?

Czytaj dalejCo jest najważniejsze?

ELA i mało wesołe perspektywy absolwentów

Spojrzałem dziś z ciekawością na nową odsłonę ELA – Ekonomicznych Losów Absolwentów. O poprzednich edycjach nie miałem najlepszego zdania, obecna powiela część kłopotów związanych ze sposobem zasilania danymi. Podstawą są systemy państwowe, głównie ZUSowe, co oznacza, że statystyki nie obejmują emigrantów, co w przypadku absolwentów studiów jest pewnym wyzwaniem. Zestawienia i porównania nadal można budować ograniczonym zakresie, także w tak zwanej strefie eksperta. Zestawienia w tej ostatniej są dość szczegółowe, ale… Nie da się zbudować zestawień porównywalnych szkół lub ośrodków, można jedynie porównywać do 4 wyników poszczególnych zestawień. Szkoda, bo w ten sposób można byłoby ocenić wydajność poszczególnych elementów składających się na nasz system. Zwłaszcza, że niektóre dane – o czym za chwilę – mogą zaskakiwać. Niestety, nie potrafiłem znaleźć anonsowanych możliwości zestawień przekrojowych, diachronicznych dla zarobków lub wskaźnika bezrobocia poza poszczególnymi kierunkami dla danej uczelni w latach 2014-2015. OPI odpowiednimi danymi dysponuje, skoro na ich podstawie Minister twierdzi, że kończący studia mają szanse na wyższe wynagrodzenia w dłuższym okresie czasu, niż opuszczający studia. Szkoda, że możliwość wykorzystania tych danych w systemie przez odbiorcę jest mocno ograniczone. Tym niemniej nieco ciekawych imformacji  można wyciągnąć i chyba warto się nad nimi pochylić nie tylko z perspektywy rodzica troszczącego się o przyszłość dziecka – choć też – ale również zarządzających i decydujących o przyszłości swoich uczelni.

Czytaj dalejELA i mało wesołe perspektywy absolwentów

72-letni rektorzy i związki zawodowe w radzie uczelni, mądre naukowczynie

Zmian w ustawie Prawo o Szkolnictwie Wyższym i Nauce było już tyle, że w zasadzie niewiele uwagi poświęca się nowelizacji która zbliża się dużymi krokami. Wiele w niej jest korekt wynikających z dostosowania prawa do realiów funkcjonowania systemu – szczegóły dotyczące postepowań doktorskich i habilitacyjnych, cenna możliwość uznawania efektów praktyk studentom wykonującym pracę zawodową lub wolontariat w zakresie przedmiotu kształcenia i dziesiątki innych drobnych, ciekawych zmian. Choć mam nieodparte wrażenie, że ustawa staje się biurokratycznym pomnikiem, który wchłania coraz więcej szczegółów w swój obręb. A to nie jest zdrowa sytuacja, sprzeczna z samą ideą tej ustawy, która miała przecież deregulować. Tymczasem reguluje coraz bardziej i coraz więcej. A czasami sprytnie przemykają w nowelizacjach zmiany które, no cóż, są kolejnymi pomysłami lobbystów na powrót do 'starych, dobrych czasów’, lub na uprzywilejowanie tych, których uprzywilejować należy.

Czytaj dalej72-letni rektorzy i związki zawodowe w radzie uczelni, mądre naukowczynie