Nie minister, tylko uczelnie muszą chcieć zmian

Autor w biblioetce CUL, North Front, piętro 5

Zelektryzowała mnie informacja otrzymana sms-em od koleżanki, że ‘Wyborcza’ opublikowała artykuł o niezbędnych zmianach w szkolnictwie wyższym. Okazało się, że nie artykuł, tylko opinię, nie o zmianach, tylko o ich potrzebie. Dobre i to, każdy głos zwracający uwagę na zapomniane w naszym kraju naukę i uczelnie wyższe w naszym kraju jest ważny.

Prof. Inga Iwasiów przytacza uzasadnione i często powracające opinie o niedofinansowaniu sektora nauki i szkolnictwa wyższego oraz o zaniedbaniu nauczania jako misji uczelni wyższych. Słusznie wskazuje, że zwycięska koalicja nie poświęca uniwersytetom zbyt wiele uwagi. Ale jej diagnoza tego stanu podąża tak dobrze wytyczonymi koleinami, że mija się z podstawowym problemem: dlaczego miałoby być inaczej? Dlaczego politycy opozycji, ale też ich wyborcy mają się przejmować losem polskich uczelni i nauki? Utrzymywanie, że „dobre uczelnie i dobra nauka są nam niezbędne, byśmy mogli realnie uczestniczyć w świecie – bez nich gospodarka, ale też refleksja humanistyczna stają się wtórne, pełnią funkcje podrzędne w świecie wysyconym technologiami”, jest słuszne. Ale skoro tak, to dlaczego ta oczywista oczywistość nie zachwyca ani polityków, ani wyborców?

Inwestycje w naukę zwracają się z nawiązką nie tylko w postaci patentów, start-upów, współpracy z przemysłem. To także kształcenie osób otwartych, kreatywnych, przedsiębiorczych. I przyciąganie do dobrych ośrodków akademickich najaktywniejszych spośród nich. Truizm, który nie tylko w Polsce, ale w całej Europie Środkowej nie przebija się w przestrzeni publicznej. Na pewno zabrakło wyobraźni i odwagi klasy politycznej, by w zamęcie po 1989 r. obok szybkiej modernizacji gospodarki wdrażać inwestycje w modernizację kształcenia. Zabrakło wizji budowy kreatywnej grupy badaczy żyjących w ścisłym związku z najnowszym stanem nauki i efektami wdrożeń. I o ile nie można się dziwić politykom, żyjącym jak jętka czterolatka od wyborów do wyborów, to już naszemu środowisku można.

Czytaj dalejNie minister, tylko uczelnie muszą chcieć zmian

100 kwiatów przekwita

Kończy się nieubłaganie krótka wiosna oczekiwań na nowy porządek w nauce i szkolnictwie wyższym. Oczywiście, oficjalne ogłoszenie personaliów ministry (mniej prawdopodobne: ministra) i zastępców, wraz z ogłoszeniem programowych celów nowej ekipy, może wnieść nowy impuls do dyskusji. Ale chyba powiedziano już prawie wszystko, bowiem w kolejnych wywiadach i felietonach w dziennikach i tygodnikach, na platformach społecznościowych i w dyskusjach mniej lub bardziej otwartych powracają te same tematy. Więcej pieniędzy dla wygłodzonej nauki – tu panuje pełna zgoda. Na szczęście coraz częściej mówi się też o tym, że żeby te pieniądze dostać, trzeba coś zaoferować społeczeństwu. Powraca temat oczekiwań polityków wobec naszego sektora i tęsknota za stabilnym wsparciem dla wspierania modernizacji społeczeństwa i gospodarki. Problem NCN-u także uzyskał dość stabilną zgodę społeczności: to ważna instytucja, choć niepozbawiona wad, która wymaga szerszego wsparcia. Ale nie oznacza to, że nie potrzebuje kontroli i może pewnych zmian. Większość dyskutantów zgadza się także, że ewaluacja dyscyplin w obecnym kształcie jest nie do zaakceptowania. Dla jednych oznacza to konieczność stworzenia nowych zasad oceny, dla innych – po prostu poprawę systemu punktowego.

Czytaj dalej100 kwiatów przekwita

Równość dostępu do edukacji – problemy Francji i Polski

Systematycznie zwiększająca się liczba artykułów zawierających koncepcje reformy sektora nauki i szkolnictwa wyższego. W zasadzie nie ma tu nowych pomysłów, raczej różne miksy zapożyczeń z wcześniejszych propozycji. Czasami z zadumą myślę – dlaczego wypowiadające się osoby, zazwyczaj dobrze umocowane w różnych radach, centrach, uczelniach, tak dzielnie milczały przez minione lata? Jak wyobrażają sobie reakcję polityków, dla których nasz sektor jest może i prestiżowo istotny, ale politycznie, gospodarczo i społecznie pozbawiony znaczenia? Może chodzi o ustabilizowanie własnych pozycji? Umocnienie hierarchii przez dołączenie do wygranego obozu? W sumie – nic w tym nowego i szkoda na to nawet czasu.

Z większą ciekawością zapoznałem się z artykułem poświęconym nierównościom w dostępie do szkolnictwa wyższego we Francji. ONZ wskazał w ramach szerszego przeglądu praw i praktyk w zakresie relacji aparatu państwowego i społeczeństwa na szereg elementów zbieżnych z problemami, które możemy obserwować w Polsce. Wskazano na problematyczne skupienie najlepszych szkół w metropoliach, utrudnienie dostępu dla młodzieży z uboższych rodzin w związku z kosztami utrzymania w metropoliach, ale także czesnym na niektórych uczelniach. Zmniejszanie się, wbrew zobowiązaniom rządowym, wartości środków przeznaczanych na kształcenie w przeliczeniu na jednego studenta. Warto te wskazania odnieść także do sytuacji dzieci w szkołach francuskich. Tu również podkreślano trudną sytuację dzieci z rodzin o trudnej sytuacji ekonomicznej, kłopoty z przemocą w szkołach, zróżnicowanie jakości kształcenia.

Czytaj dalejRówność dostępu do edukacji – problemy Francji i Polski

Zamiast na listy, spójrzmy na dydaktykę

Decyzja Ministra o zmianie punktacji czasopism wywołała falę komentarzy. Tylko czy ktoś – poza nagrodzonymi punktami – poważnie wierzy, że ten system ewaluacji, z tymi listami, jest do utrzymania? Mam nadzieję, że nie. I raczej widziałbym w tym geście kolejny element kupowania sobie przez Ministra i jego urzędników wdzięczności takiego czy innego środowiska. I pewnie jeszcze niejeden taki gest zobaczymy. A na końcu posypią się doktoraty honorowe dla byłego Ministra.

Tymczasem w dyskusji, jaka dotyczy szkolnictwa wyższego uderzył mnie w minionych tygodniach niemal kompletny brak refleksji nad dydaktyką. Dużo się mówi o płacach i zmianie ewaluacji jakości badań. Ale umyka nam, że dla zdecydowanej większości uczelni i wykładowców dydaktyka to racja zawodowego funkcjonowania. Wkład w sumę ludzkiej wiedzy będzie miało niewielu z nas, natomiast w edukowanie, propagowanie postaw naukowych, racjonalnych, otwartych a także popularyzację współczesnej wiedzy będą mieli wszyscy. Może ten brak refleksji wynika z przekonania, że nasza dydaktyka jest optymalna, nic nie trzeba w niej zmieniać? 

Czytaj dalejZamiast na listy, spójrzmy na dydaktykę

Czy naprawdę potrzebujemy rewolucji?

British Museum, popiersie Peryklesa

Głosy domagające się zmian słychać z niemal każdego kąta naszego akademickiego światka. Dzięki tym głosom można poznać oczekiwania i poziom refleksji nad naszą sytuacją. Przyznaję, że z niedowierzaniem czytam lub słucham wypowiedzi tych, którzy w ciągu minionych 8 lat publicznie nie odważyli się wypowiedzieć w obronie nauki, koleżanek i kolegów, studentek i studentów. Co najwyżej broniąc siebie i swoich środowisk. Ostre, demaskatorskie i wzywające do rewolucji teksty byłyby cenne, gdyby były wiarygodne. To jest jednak kwestia oceny każdego z odbiorców.

Tym niemniej pytanie aktualne brzmi – czy potrzeba nam kolejnej rewolucji? Nowej ustawy? Nowych instytucji? Jestem zdecydowanie sceptyczny, czy mieszanie kijem uczyni naszą herbatę słodszą. Owszem, zmiany są konieczne, by ożywić elastyczność, kreatywność i innowacyjność, powiązać naszą aktywność z otaczającym światem, wyrwać z zaścianka grup i grupek knujących smutne intrygi na korytarzach uczelni, wydziałów i w instytutów. Ale do tego nie potrzeba kolejnej ustawy, bo dopiero oswoiliśmy z grubsza ostatnią. Po wprowadzeniu kilku zmian – w kwestii ewaluacji czy wynagrodzeń, zmniejszenia sztywnej kontroli ministra nad uczelniami, a w konsekwencji zwiększenia samodzielności, ale i odpowiedzialności jednostek – obecna ustawa jest już w miarę rozpoznana i przyswojona przez środowisko. Nowa ustawa oznacza jedynie marnowanie czasu i energii na wymyślanie nowych problemów do rozwiązania nowymi przepisami.

Czytaj dalejCzy naprawdę potrzebujemy rewolucji?

’Nie’ dla ewaluacji badań, 'Tak’ dla doskonałości uczelni

Londyn, zielona aleja

Perspektywa zmiany władzy poruszyła serca i pióra wielu akademików. I bardzo dobrze, nowe pomysły mogą pomóc nowym władzom zaproponować nowe rozwiązania nienowych problemów. Jeden element systemu zarządzania szkolnictwem wyższym i nauką wraca we wszystkich znanych mi wypowiedziach: należy poprawić system ewaluacji jakości badań naukowych. Zazwyczaj uwaga skupia się na punktach przyznawanych za publikacje. Postuluje się wprowadzenie sprawiedliwego, odpolitycznionego sposobu punktowania publikacji. Ja postawiłbym jednak tezę, że nie ma możliwości zbudowania sprawiedliwego i niepolitycznego sytemu punktowego w tym schemacie ewaluacji. Tego, czego nam potrzeba, jest zlikwidowanie ewaluacji opartej o jeden cel dla wszystkich jednostek naszego sektora.

Wyobraźmy sobie nauczyciela w szkole. Raz na cztery lata ma dokonać oceny uczniów. Nic innego z minionych czterech lat nie ma znaczenia. Na tej podstawie będą się decydowały losy uczniów. Że tak wygląda matura? Otóż nie, bo rodzaj szkoły i decyzję o przystąpieniu do matury młodzi ludzie podejmują sami. Źle się stało, że matura stała się opresyjnym narzędziem narzucanym ogromnej rzeszy młodych. Ale mimo wszystko – to nie to samo. Bo w tej metaforze nauczyciel jest jeden, a kasa liczy kilkaset osób (w chwili obecnej działa w Polsce ponad 350 uczelni wyższych, około 50 jest państwowymi uczelniami akademickimi). I do oceny tej klasy stosuje się jedno kryterium – doskonałość badań naukowych. Niezależnie od tego, czy uczeń chce być dobrym stolarzem czy świetnym astronomem, każdy musi najpierw przejść ocenę doskonałości badań  naukowych. Od tego zależy jego być, czy nie być.

Czytaj dalej’Nie’ dla ewaluacji badań, 'Tak’ dla doskonałości uczelni

Spadek po Ministrze

Minął tydzień od wyborów parlamentarnych, mniej więcej wiadomo, kto utworzy rząd. Wiadomo, że obecny Minister przestanie pełnić swoją funkcję. Jako historyk zastanawiałem się, jak można podsumować – bez złośliwości i emocji – lata sprawowania przez niego funkcji opiekuna szkolnictwa wyższego i nauki? Zakładając, że celem działania takiego ministra jest stworzenie warunków do rozwoju tak edukacji, jak i badań działających na rzecz społeczeństwa polskiego. A ponieważ uważam, że każdy recenzent powinien skupiać się na pozytywach, dopiero w drugiej kolejności wskazywać negatywy, zacznę od tego, co można by wskazać jako dodatni wkład Ministra w naukę.

Czytaj dalejSpadek po Ministrze

Społeczny pakt dla nauki? Nie, dla nauki w społeczeństwie

Profesor Krzysztof Pawłowski na stronie portalu 'Wszystko co Najważniejsze” opublikował bardzo ciekawy postulat 'paktu dla nauki’, który miałby zobowiązywać siły polityczne w Polsce do zgodnego wspierania, mimo zmian rządów, nauki. Pomysł popieram, wielokrotnie już na tym blogu pisałem, że taka zgoda jest warunkiem niezbędnym i podstawowym dla modernizacji naszego społeczeństwa i zapewnienia bezpiecznej przyszłości kraju nad Wisłą i Odrą.

Diabeł jednak tkwi w szczegółach.

Pan Profesor skupia się na dwóch kwestiach 1) ufundowaniu specjalnych stypendiów dla młodych, wybitnych naukowców, by ściągnąć lub zatrzymać ich w kraju. 8000 zł miesięcznie według wartości pieniądza dziś, dla 1000 osób rocznie; 2) popiera myśl utworzenia i umocnienia uczelni badawczych + postuluje przydzielenie dwóm z nich 10 m mld zł jednorazowego wsparcia jako 'kapitału żelaznego’. Na stworzenie warunków dla zatrzymania młodych i powstania rzetelnych uczelni badawczych potrzebujemy – szacuje Profesor – 20 lat.

Każdy z tych pomysłów jest cenny. Ale czy ich wprowadzenie przybliży nas do celu, jakim jest przekształcenie Polski w kraj otwarty, demokratyczny, bezpieczny, który rozwija się w oparciu o nowe technologie i spójność społeczną? Świadomie łączę formułując ten cel kwestie cywilizacyjne, kulturowe i polityczne. Bo ich rozdzielanie prowadzi nas na manowce wspierania konkretnych środowisk, a nie całego społeczeństwa. A przecież pakt miałby zyskać świadome wsparcie całej społeczności – bez tego zostanie zerwany w trakcie kolejnych wyborów.

Jako praktyk zarządzania i życia w naszym systemie szkolnictwa wyższego uważam, że samo położenie nacisku na kreowania elitarnych ośrodków naukowych nie zyska trwałego wsparcia nie tylko całego społeczeństwa, ale też – co może mniej zrozumiałe z zewnątrz – także naszego środowiska akademickiego. A to skazuje pakt na porażkę. Potrzebujemy działań, które trwale powiążą akademię ze społeczeństwem i społeczeństwu wskażą akademię jako miejsce szczególne, wspierające, rozwijające i poprawiające życie zdecydowanej większości obywateli.

Stąd moim zdaniem taki pakt musi uwzględniać więcej aspektów, ale ze zmian wskazałbym jako najważniejsze:

Czytaj dalejSpołeczny pakt dla nauki? Nie, dla nauki w społeczeństwie

Gaudeamus, nawet jeśli minister nie wie, co mówi

Kolejny początek roku akademickiego. Urzędowy optymizm Ministra sprawia, że ciężko traktować go nadmiernie poważnie. W swoim wystąpieniu w Uniwersytecie Przyrodniczym w Lublinie rzucił ochoczo opisując przyszłoroczne nakłady na oświatę i szkolnictwo wyższe –

subwencja oświatowa w 2024 roku będzie wynosiła blisko 80 mld zł, co daje wzrost o ponad 12 mld zł w stosunku do obecnego roku. – Takie są realia, taka jest rzeczywistość – zaznaczył minister.

Można by powiedzieć, że wzrost imponujący, 15%, ale, zaraz – dla kogo? na co? No więc po kolei – ten wzrost obejmuje subwencję oświatową. A co to jest subwencja oświatowa? Zgodnie z oficjalną definicją budżetu rządu:

Część oświatowa subwencji ogólnej jest ustalana na finansowanie zadań oświatowych realizowanych przez jednostki samorządu terytorialnego, o których mowa w ustawie z dnia 7 września 1991 r. o systemie oświaty (Dz. U. z 2004 r. Nr 256, poz. 2572 z późn. zm.), z wyłączeniem zadań związanych z dowozem uczniów oraz zadań związanych z prowadzeniem przedszkoli ogólnodostępnych i oddziałów ogólnodostępnych w przedszkolach z oddziałami integracyjnymi oraz zadań związanych z prowadzeniem innych form wychowania przedszkolnego.

Krótko mówiąc, są to pieniądze w budżecie państwa zarezerwowane na finansowanie szkolnictwa podstawowego i średniego. Nie ma to nic wspólnego z budżetem nauki i szkolnictwa wyższego. Pytanie zatem – czy Pan Minister nie wiedział, co mówi? A może wiedział i najzwyczajniej w świecie był pewien, że nikt się nie zorientuje, że – jak mawiano za mojego dzieciństwa – robi swoich koleżanki i kolegów z Lubina w balona?

Pan Minister chwalił się w mediach, że załatwił kilka miliardów na naukę na przyszły rok. Kilka to mniej niż 10. Załóżmy, że 5 mld. W 2023 r. subwencja przyznana przez MEiN dla szkolnictwa wyższego i PAN wyniosła 15,6 mld zł. Czy to oznacza, że dostaniemy 30% więcej środków na wynagrodzenia i badania? Manna z nieba? Niekoniecznie. Budżet MEiN na naukę i szkolnictwo wyższe w 2023 r. wyniósł 37,1 mld zł. Zatem zakładając hipotetyczne 5 mld zł więcej, budżet wzrósłby o przyzwoite 13%. Na co jednak zostanie przeznaczony, na jakie programy plus – tego nie wiemy. No i raz jeszcze – w międzyczasie z powodu dwóch lat katastrofalnej inflacji i poprzedzającego ją roku wysokiej inflacji nasze płace straciły na wartości +- 25%. Tyle zaoszczędzono środków dla rządu naszym wspólnym kosztem.

Pisałem już jakiś czas temu, że podstawową wartością MEiN są obecnie pieniądze. Te, które Pan Minister rozdaje w formie kartonowych czeków i papierów wartościowych Skarbu Państwa (czyli długu publicznego). Im mniej zasobów, tym walka o nie bardziej brutalna, wdzięczność poddanych za okruch ze stołu większa.

Ale tak być nie musi. Niekończący się festiwal błagalnych oczu i głosów nie przyniósł naszemu sektorowi niczego dobrego w ciągu ostatnich ośmiu lat. Owszem, są uczelnie prosperujące i zachwalające – jak stwierdził pewien rektor – wartość polityki TKM. Nic mi do tego. Ja zachęcałem zawsze i mogę tylko zrobić to teraz – do odwagi intelektualnej i godności wyprostowanego kręgosłupa. Nawet w czasach totalnego upodlenia i premiowania takich postaw, to daje komfort życia w wolności, zgodnie z wartościami.

Na przekór wszystkiemu będę sobie nucił na obczyźnie – Gaudeamus igitur iuvenes dum sumus, post iucundam iuventutem… nos habebit humus. W nauce jest wiele radości, tak wiele emocji i kreatywności, że zanim odejdziemy, możemy dotknąć przyszłości, stanąć oko w oko z najpiękniejszymi umysłami świata. Być radosnymi w kreatywności.

Tego nie zabierze mi żaden minister. Ani nawet premier. Lub inny prezes.

Idzie nowe, warto je śledzić

Polski dyskurs publiczny upadł tak nisko, że pozwolę sobie trochę o nim pomilczeć. Był taki czas, że z mojej inicjatywy Senat #uniwroc potrafił przeciwstawić się szaleństwu, jakie władza rozpętała wobec migrantów. Trzymam kciuki, że może dziś też się znajdą odważni w akademii. Tym razem, żeby przeciwstawić się przemocy wobec społeczeństwa, kultury i naszej przyszłości. To nie są kwestie polityczne – nazwanie współobywateli świniami przez prezydenta RP było dla mnie szokiem i byłoby także wtedy, gdyby powiedział to każdy inny polityk. Atakowanie walczącej Ukrainy, kalkulowanie co się opłaca, a co nie w kwestii migracyjnej w perspektywie wyborów… Trudno to komentować. I warto, żeby w tej sprawie akademia wykazała więcej odwagi wskazując, że są przestrzenie, które nadal widzą jasno i klarownie wartości i ich rolę w życiu publicznym. I tyle.

Natomiast kilka słów chciałbym poświęcić niepozornemu artykułowi opublikowanemu przez Times Higher Education.

Został on przygotowany przez Carolyn Evans, wicekanclerkę i prezydentke Griffith University w Australii. Dotyczy zmian, jakie w studiowaniu na uczelniach przyniosły czasy kształcenia zdalnego. W zasadzie – w jaki sposób władze uczelni starają się z jednej strony zachęcić studentów do studiowania razem, w ramach kampusów, a przynajmniej w grupach studenckich. Nie jestem przekonany, czy wszystkie zmiany wprowadziła pandemia, ale na pewno ona je wyostrzyła: zatrudnienie studentów w czasie studiów i łączenie kariery zawodowej ze studiami; problem z wysokimi kosztami utrzymania w ośrodkach akademickich; kłopoty z dostępem do kampusów osób mniej zamożnych i mieszkających poza ośrodkami uniwersyteckimi; wreszcie problem wykluczenia w rejonach ubogich, z kiepskim systemem edukacji szkolnej i brakiem możliwości opłacenia edukacji uniwersyteckiej. Większość z tych problemów jest już u nas obecna, część może nie tak ostro jak w rozległej Australii. Nieco zawstydzające jest, że to rząd australijski wspiera mocno działania na rzecz włączenia studentów w studiowanie na kampusie. W przypadku rejonów wykluczonych są to znaczne środki na tworzenie hubów edukacyjnych, które nie tylko zapewniają dostęp do dobrej jakości Internetu, ale też umożliwiają kształcenie zespołowe studentów z okolicy. Do pewnego stopnia przypomina to oddziały zamiejscowe naszych uczelni, tylko celem nie jest zarabianie przez uczelnie dodatkowych środków, lecz rozwój konkretnych grup społecznych. Dla studentów Griffith University istotne jest podejście systemowe do łączenia edukacji na kampusie ze współuczestnictwem w ramach kształcenia w funkcjonowaniu społeczności zewnętrznej. Wreszcie, samo życie na kampusie wymaga zmiany w podejściu uczelni do nowego pokolenia studentów. Stąd troska o stołówki z tanią żywnością, przedszkola, poradnie psychologiczne. Wiele z tych rzeczy wyspowo działa także w naszej akademii.

Dla mnie najciekawsze było zaobserwowanie systemowego podejścia, które – według mnie – wskazuje na rozwiązywanie problemów nie tyle pocovidowych, co generacyjnych. A to oznacza, że one nie znikną wraz z pamięcią o czasach pandemii. Studenci coraz częściej i w większym zakresie będą działać jak pewna studentka, która powiedziała mi, że do pracy musi chodzić, a uczelnia powinna jej to umożliwić, a nie utrudniać. Radykalna zmiana priorytetów – ważniejsza jest praca, studia jako element dodatkowy, umożliwiający pracę – to duże wyzwanie dla naszej świadomości. Tu ciągle przecież tkwimy w świecie ważności profesorsko-doktorskiej, ułudy wyjątkowości i wartości wynikającej z takiego czy innego dyplomu wykładowców. Dobrym miernikiem tego, jak uczelnie zmieniają swoje relacje ze studentami jest obserwacja sposobu układania planów zajęć. Czy są one kreślone pod wymagania wykładowców (’nie mogę mieć zajęć o…, nie będę zmieniał sali…, w tym czasie muszę iść do drugiej pracy), na ile zaś są dostosowywane do potrzeb studentów? W jakim zakresie zmieniło się kształcenie pod kątem metod nauczania i związku z otoczeniem, zawodową przyszłością studentów? Czy różnicujemy ścieżki kształcenia – akademickie i zawodowe? Wreszcie, czy kampusy dostosowują się do potrzeb studenckich?

Z wielkim szacunkiem patrzyłem na rozwój inicjatywy budżetu obywatelskiego na Uniwersytecie Warszawskim, Politechnice Gdańskiej czy Uniwersytecie Jagiellońskim. Gdy wprowadzałem go wzorem UW na #uniwroc planowałem, że będzie się rozwijał. Na szczęście nie zniknął, a to już dużo. Za stosunkowo niewielkie pieniądze powstają miejsca, gdzie studenci mogą odpocząć, ale też inicjatywy społeczne jak oklejanie szyb tak, by ptaki mogły je omijać w budynkach na terenie Ogrodu Botanicznego. Takich rzeczy też chcą studenci. Otwarcie im drogi do współdecydowania o uczelni związane jest z takimi inicjatywami dużo bardziej, niż ze wspieraniem smutnego oblicza zawodowego samorządu studenckiego. Z ogromną radością obserwuje, jak tego rodzaju inicjatywy pączkują w innych ośrodkach – ciekawym przykładem jest Lublin, gdzie ma on charakter międzyuczelniany, choć dość ograniczony. Tym niemniej uczy współpracy w jeszcze większym zakresie, niż klasyczne budżety obywatelskie poszczególnych uczelni.

Pandemia? Chyba bardziej nawyki komunikacyjne, nacisk na osiąganie wysokiego  poziomu konsumpcji przy braku uczenia radzenia sobie ze stresem, nowy wymiar kreacji i zmiany w hierarchii potrzeb młodych, w szczególności nowe sposoby budowania kapitału społecznego, prestiżu, powodują, że tradycyjne podejście do uniwersytetu już nie powróci. Warto popytać siebie i w swoim otoczeniu, jak krok za krokiem można zmienić nasze nastawienie do roli uczelni.

Na wielkie reformy raczej szans nie mamy.