Szacunek dla nauki?

Paradoksy. Zjawiska na pierwszy rzut oka sprzeczne z logiką próbującą wywieść ich istnienie z otoczenia, z poprzedzającego je stanu. Niezrozumiałe, ale istniejące na przekór naszej wiedzy i oczekiwaniom. W weekendowym wydaniu względnie poczytnego, papierowego wydania jednego z ogólnopolskich dzienników pada pytanie: dlaczego ludzie deklarują zaufanie do naukowców i nauki, ale pomimo apeli badaczy nie ufają procesowi szczepień? Pomijając niewielką grupę tych, którzy negowali wartość szczepień przed epidemią, autor zwraca uwagę, że szczepień nie kojarzy się w pełni z nauką, ale coraz częściej przede wszystkim z wielkimi koncernami farmaceutycznymi czy z propagandą państwa, które – rzekomo – poprzez szczepienia chce także ograniczać naszą wolność. Od siebie dodałbym, że ogromnie szkodliwe są wypowiedzi osób, które teoretycznie mają wiedzę i stanowisko równe ekspertom – naukowcom i opierając się na dość ogólnych przesłankach, a czasami, niestety, braku wiedzy głoszą sądy sprzeczne z wynikami badań, czasami po prostu niczym niepotwierdzone. W rezultacie u odbiorcy nieprzygotowanego do krytycznej analizy komunikatów tworzy się wizja dwóch równych sobie, sprzecznych ze sobą narracji. A gdy dodatkowo spojrzymy na niski wskaźnik zakażeń, bezpieczniejsze wydaje się niepodjęcie akcji, niż narażanie się na szczepienia. Zwłaszcza, że te jednak wiążą się w większości przypadków z dyskomfortem, czasami dość znacznym (dzień – dwa podwyższona temperatura, w niektórych przypadkach wysoko, czasami mdłości i słabość). Teoretyczne i pryncypialne zaufanie do nauki nagle ustępuje przed zamętem informacyjnym, brakiem wiarygodności komunikacji publicznej, naturalnym odruchem szukania krótkookresowego zysku i niechęcią do odraczania nagrody. Czemu o tym piszę? Bo, po pierwsze, ten stan jest świetną diagnozą naszego, ludzi akademii, wpływu na społeczeństwo. Po drugie, z tej diagnozy powinny wypływać wnioski dotyczące naszych działań w tymże społeczeństwie. Po trzecie, te działania dotyczą także nas samych i nie mogą się ograniczać do kwestii pandemii.

Dlaczego paradoks? W 2002 r. według danych Eurostatu tylko 12,5% Polaków w wieku 25-64 lat miało wykształcenie wyższe. W 2020 r. już 32,9% i dzięki temu wynikowi sytuujemy się w środku europejskiej stawki, przy czym z dużych krajów Unii przed nami są tylko Hiszpania (39,7%) i Francja (także 39,7%), poza tym zapewne około 45% populacji Wielkiej Brytanii ma wyższe wykształcenie. Zatem skok wykształcenia ogromny, w teorii powinien przełożyć się na zaufanie do nauki. Werbalnie – jak wspomniałem – tak jest. Praktycznie bywa z tym różnie. Polscy naukowcy w medialnej komunikacji odgrywają głównie rolę dyżurnych ekspertów komunikacji masowej. Ale i to w bardzo ograniczonym zakresie, bo media potrzebując wyrazistości przekazu nagłaśniają opinie skrajne, mniej troszcząc się o ich wiarygodność, podstawy badawcze, czy… sprawdzalność. I nie dotyczy to tylko kwestii epidemii, lecz większości dyskusji istotnych społecznie. Postawiłbym hipotezę – ale do weryfikacji! – że nauka w polskim społeczeństwie cieszy się szacunkiem, bo czyni cuda. Naukowiec abstrakcyjny za tymi cudami stojący – takoż. Ale konkretni badacze, polscy naukowcy, są bliżej nieokreśloną grupą o dużo mniejszym kapitale zaufania. Trwająca wiele lat, z podziwu godną konsekwencją prowadzona kampania kolejnych rządów opisująca polskie uczelnie jako przestarzałe, niedotrzymujące kroku nowoczesnej nauce światowej, w szczególności w odniesieniu do uniwersytetów i humanistyki oraz nauk społecznych – kształcące 'masy bezrobotnych' – ma w tym wielkie zasługi. Ale nie zwalnia to i nas do zadania sobie pytania – w jakim zakresie staramy się budować to zaufanie? Jak często wykonując prace eksperckie identyfikujemy się poprzez swoje uczelnie? Czy wreszcie zwracając się na zewnątrz, komunikując o swojej uczelni i swoich koleżankach i kolegach zwracamy uwagę na pozytywy, czy jednak zazwyczaj akcentujemy negatywy? Zewnętrznych czynników niechęci do nauki w Polsce można wskazać wiele, ale szkoda na to czasu. Bo nie mamy na nie wpływu. Warto moim zdaniem pochylić się nad tym, co możemy zrobić sami. Bezwzględnie warto troszczyć się o jakość, mocno komunikować jej znaczenie. Warto wyraźnie podkreślać, że publikacje i granty nie są celem samym w sobie, lecz wyrazem wiedzy eksperckiej, którą możemy wykorzystywać na zewnątrz. Znów – nie po to jednak, by stać się zapleczem B+R lub HR dla przemysłu i biznesu, lecz by wprowadzać przyszłość, wyprzedzać teraźniejszość i wprowadzać nasze społeczności w racjonalną, lepiej rozumianą rzeczywistość. Wreszcie, co uważam za bardzo istotne, z kultywowania wartości powinna płynąć duma z osiągnięć i z działań całego środowiska. Banał? Skupmy się na pierwszym członie – z kultywowania wartości akademickim, w tym kultury jakości pracy powinna ta duma płynąć. Żadna wspólnota nie zachowa swojego autorytetu, jeśli nie będzie wspierać swojego istnienia na właściwych dla siebie i bezwzględnie podzielanych przez większość swoich członków, konstytutywnych wartościach. Czy myślimy tu o wspólnotach religijnych, urzędnikach czy naukowcach – zasada jest ta sama.

Nie mniej istotną jest kwestia jakości i celu dydaktyki uniwersyteckiej. Tak, kształcimy ekspertów w określonych dziedzinach. Ale przede wszystkim powinniśmy kształcić ludzi otwartych, racjonalnych, umiejących nie tylko stale zwiększać swoje kompetencje ucząc się całe życie, ale też całe życie umiejących krytycznie analizować otaczający nas świat. Nawet najlepiej wykształceni specjaliści – bez empatii, umiejętności krytycznej analizy komunikatów i przewidywania skutków społecznych działań, nie będą w stanie stworzyć spójnego, wspierającego się, racjonalnego ale 'czułego' społeczeństwa. Będą natomiast równie podatni na manipulację, jak osoby, które nie przeszły kształcenia akademickiego. To także nasze zadanie, kształcić nie tylko głęboko – ale i szeroko. To także misja uniwersytetu, której nie da się zrealizować dorzuceniem przedmiotu 'humanistycznego lub społecznego' do curriculum. Automatyzm takiego 'dorzucania' nie przyniesie ani szacunku ani zrozumienia problemów społecznych przez studentów – i przyszłych obywateli legitymujących się wyższym wykształceniem. Jakość, jeszcze raz jakość!

Epidemię może zwalczyć tylko nauka. Ale tylko świadoma swoich wartości i swojej odpowiedzialności za całą ludzkość może wyjść z niej na tarczy. Na dziś nie jestem w tym zakresie, szczególnie w odniesieniu do Polski przesadnym optymistą. Ale też dlatego uważam, że należy działać – zgodne z wartościami, może i na przekór okolicznościom. Bo ostatecznie pozostaje i tak tylko kurz i pył.

No i sprawozdanie!

  •  w poniedziałek dwa bardzo miłe otwarcia. Na zaproszenie prezesa naszego ZOO uczestniczyłem w uroczystym otwarciu pawilony odnowionej Ptasiarni – bardzo polecam. Wspaniałe połączenie odnowionych detali, zdobień z końca XIX-początków XX w. z materiałami edukacyjnymi i nowoczesną aranżacją przestrzeni dla ptaków. Zdecydowanie warto! Popołudniu otwierałem kolejną edycję międzynarodowej szkoły letniej Public History. To już tradycja, szkoła organizowana przez prof. Joannę Wojdon i dr Dorotę Wiśniewską z Instytutu Historycznego co roku przyciąga kilkudziesięciu badaczy z całego globu. Tak było i tym razem, choć – wirtualnie;
  • we wtorek rozmawialiśmy z panem Tomaszem Kalotą o współpracy z jednostkami sektora kultury z Wrocławia i szerzej z Dolnego Śląska w zakresie digitalizacji i prezentacji zbiorów w kontekście naszych doświadczeń i możliwości wsparcia tego typu działań. Myślę, że już niedługo będziemy mogli coś więcej o tym powiedzieć;
  • w czwartek uroczyste przekazanie kronik obrazujących kilkadziesiąt lat działań AZS na Uniwersytecie Wrocławskim. Mam nadzieję, że wkrótce zostaną one zdigitalizowane i udostępnione na stronie naszego Muzeum;
  • w piątek otwarcie w Gorzowie Wielkopolskim wystawy poświęconej działalności zespołu paleontologów pod kierunkiem profesora Krzysztofa Stefaniaka oraz rozmowy z władzami miasta na temat dalszej współpracy.

Czas płynie szybko i choć zbliżają się wakacje – wolałbym, żeby się cofnął i zostawił więcej miejsca na pracę naukową. Ale nic to – idziemy do przodu. Jak zawsze, krok za krokiem.

Ceterum censeo – szczepić się warto!