Mój ziszczony sen!

No dobrze, wahałem się, czy poświęcić temu wpisu – ale chyba warto.

Kiedy zaczynałem studia, potem pracę na naszym Uniwersytecie, szczytem marzeń był wyjazd do dobrej biblioteki zagranicznej. Jeśli już się to udało, to wzbudzaliśmy sensację stojąc całymi dniami przy kserokopiarkach i przywożąc potem w plecakach, torbach i walizkach stosy kopii. Największym wyzwaniem było znalezienie najtańszego punktu, gdzie udawało się kopiować całe książki i artykuły za najniższą cenę. Prawdziwą orgią był dla mnie zawsze pobyt w Max-Planck-Institut fuer Geschichte w Getyndze, gdzie całymi dniami można było buszować w przepastnej bibliotece, pisząc w gabinecie do 12, a następnie do 21-22 stojąc przy skanerach i kopiując literaturę. A na koniec prośba do informatyka o wypalenie płyt z kopiami – i czasami jednak brak zrozumienia dla nas, złaknionych literatury.

Odkryciem było – dzięki mojemu przyjacielowi, Leszkowi Spychale – rozwiązanie zdecydowanie antyzdrowotne, ale skuteczne: jednodniowe wycieczki do Berlina. Wyjeżdżaliśmy w nocy, potem czekaliśmy niecierpliwie pod Staatsbibliothek i – do ataku! Zająć miejsce, odebrać zamówione wcześnie 20 sztuk książek i juuuż w kolejkę do ksero. Pod koniec dnia odebrać książki wypożyczane – i w drogę do domu. Jeden samochód, 4-5 naukowców ze Wschodu i wspaniała biblioteka. Po powrocie do domu – składanie kser, bindowanie albo obkładanie w okładki, wkładanie do segregatorów… A w pracy kopiowanie na kserokopiarkach pożyczonych książek, przy czym toner i papier należało kupić samemu, bo pani Hania, kierowniczka sekretariatu nie miała go dla nas, przecież zużylibyśmy w jeden weekend cały zapas na kilka miesięcy w Instytucie. I po miesiącu ponownie, żeby nie upłynął termin zwrotu książek!

Nie wspominam tego wszystkiego z rozrzewnieniem. Raczej ze smutkiem, bo przecież ten czas poświęcony na 'zdobywanie' literatury powinniśmy poświęcać na jej czytanie, na kreowanie, dyskutowanie. W nauce najcenniejszy jest czas, kontakt z ideami i ich rozwijanie. Dlatego tak wielkie dla mnie osobiście znaczenie ma fakt, że dziś mogę zadecydować o wsparciu zakupów baz e-publikacji i udostępnić wszystkim naszym pracownikom i studentom zasoby czołowych wydawnictw – CUP, OUP, De Gruyter, Taylor and Francis, agregatory JSTPR i Project Muse… Dla mnie, człowieka jednak wychowanego w schyłkowym PRLu i zaczynającego badania w epoce niedoboru i dobijania się do wiedzy i akademii światowej – to jak sen. Przepraszam za ten nazbyt może emocjonalny wpis. Wiem, że teraz raczej walczymy o publikowanie według licencji OA i wolny dostęp do treści. Szczerze to popieram i sam staram się jak najwięcej tak publikować.

Ale fakt, że będąc we Wrocławiu, na moim Uniwersytecie, mam dostęp do publikacji najważniejszych naukowych wydawnictw, książek i artykułów, bez konieczności organizowania i zabiegania, po prostu poprzez 'jeden klik' – dla mnie to rewolucja. To krok, który może pomóc zbudować zwłaszcza u młodszych badaczy właściwą ekonomię pracy. Swobodnie czytać, swobodnie dyskutować. Być w świecie, zamiast się do niego dobijać. Moja osobista wielka radość!

Zatem – zaglądajcie do naszych nowych e-zasobów, w sieci UWr lub przez proxy i – czytajcie! Bo może to sen? Sam nie wiem…

2 komentarze do wpisu „Mój ziszczony sen!”

  1. Ja wspominam dokładnie taką samą strategię „badawczą” będąc w bibliotece senatu Republiki Francuskiej – zamiast siedzieć i czytać, mając widok na Ogród Luksemburski, kserowałem wszystko, co się mogło przydać do pracy doktorskiej, bo nie było innego wyjścia, żeby w kilka godzin zgromadzić materiał 🙂

    A było to w okolicy 2007 r.

    Pozdrawiam serdecznie!

  2. Szukam, czytam, doceniam inicjatywę, a że mogę to jeszcze robić z domu, to już w ogóle! Jak sen! :)Tylko, że szkoda czasu na sen, kiedy świat stoi otworem! Dziękuję!

Możliwość komentowania jest wyłączona.